O JACHCIE, WIZYTÓWCE
<div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2"><img style="PADDING-BOTTOM: 10px; PADDING-LEFT: 10px; PADDING-RIGHT: 10px; FLOAT: left; PADDING-TOP: 10px" alt="" width="100" height="136" src="/att/Image/team/LENZportret2010.jpg" />W newsie o otwarciu sezonu żeglarskiego Yacht Klubu P&oacute;łnocnego napomknąłem o&nbsp;kilku kilku klubowych&nbsp;jachtach: &quot;Slimaku&quot;, &quot;Kmicicu&quot;, &quot;Zagłobie&quot;, &quot;Harpagonie&quot; i &quot;Wołodyjowskim&quot;. &quot;Slimak&quot; zapisał się w naszej pamięci przede wszystkim jako pionier adriatyckich żeglowanek. Kiedyś był to ukochany jacht Mariana Lenza. &quot;Kmicic&quot; to najdzielniejszy z dzielnych, kt&oacute;ry dopłynął bez załogi (porzucony przez nieudacznik&oacute;w) prawie do Sztokholmu - typ Carter, p&oacute;łtonnik IOR. &quot;Zagłoba&quot; i &quot;Harpagon&quot; - jachty HTC, kt&oacute;re w majakach projektant&oacute;w miały w regatach &quot;Carterom zdjąć majtki przez głowę. Brzydactwa, zwane &quot;naleśnikami&quot;, niewygodne, mało dzielne, powolne.</font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">No i słynna &quot;jotka&quot; czyli stalowy, dwumasztowy jacht oceaniczny typu J-80 (80 sq.m powierzchni pomiarowej żagli). To właśnie &quot;Wołodyjowski&quot; - taka to była niby odpowiedź całej, licznej rodzinie mahoniowych &quot;Opali&quot;. Jacht J-80 został zaprojektowany przez Henryka Kujawę i J&oacute;zefa Szymańskiego w połowie lat 60-tych ubiegłego wieku. Całkiem zgrabny. Zbudowano ich kilkadziesiąt w r&oacute;żnych miejscach. Najbardziej znane to &quot;Alf&quot;, &quot;Eltanin&quot;,&quot;Euros&quot;, &quot;Freya&quot;, &quot;Mestwin&quot;, &quot;Odkrywca&quot;, &quot;Piana&quot;, &quot;Sniadecki&quot;, &quot;Tropiciel&quot;, &quot;Wołodyjowski&quot;. </font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">To był jacht na miarę &oacute;wczesnych materiał&oacute;w i możliwości wykonawczych. Zgrzebne, to były jachty, ale polscy żeglarze przez dziesięciolecia zawdzięczali im dużo.</font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">O &quot;Wołodyjowskim&quot; wspomina <strong>Marian Lenz</strong>. </font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">Czyta się dobrze, bo news napisany lekko. </font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">Sporo anegdotek. </font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">Czytajcie !</font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">Żyjcie wiecznie !</font></font></div> <div><font face="Arial"><font color="#0000ff" size="2">Don Jorge</font></font></div> <div><font size="2" face="Arial"><font color="#0000ff">-------------------------------------------</font> </font><font size="3" face="Times New Roman"></font></div> <div><font size="4"><strong>Pradzieje jachtu &bdquo;Wołodyjowski&rdquo;<br /></strong></font><br />A było to tak! W październiku 1966 roku rozpocząłem pracę w Stoczni P&oacute;łnocnej w Gdańsku jako budowniczy. Wiosną 1968 inż. Zbigniew Ostrowski (j.kpt.) komandor Klubu &bdquo;Stal&rdquo; Stoczni P&oacute;łnocnej zaproponował mi rejs jachtem &bdquo;Otago&rdquo; do Oslo. Wstąpiłem do tego klubu i w 1969 roku zostałem v-komandorem ds. szkolenia. Poprzednio od 1956 roku należałem do klubu &bdquo;Stal&rdquo; Stoczni Komuny Paryskiej w Gdyni (j.st.m.). Gdyński Kub był wspaniały i byłem pod wpływem osobowości kapitan&oacute;w: Franciszka Waltera, Bogdana Kamieńskiego i Zygfryda Perlickiego.</div> <div><img alt="" width="800" height="412" src="/att/Image/201601/POLNOCNY_Wolodyjowski.jpg" /><br />Zostając v-ce komandorem klubu byłem już człowiekiem całkowicie ukształtowanym i nikt nie miał na mnie większego wpływu. W por&oacute;wnaniu do klubu gdyńskiego, Klub Stoczni P&oacute;łnocnej, to był jeden wielki chaos. Los mi sprzyjał: w 1970 roku PZŻ zarządził wymianę patent&oacute;w, co wymagało weryfikacji dokument&oacute;w. Przy tej okazji wszystkich, kt&oacute;rzy spełniali warunki wygoniłem na egzaminy. Zdało 6 sternik&oacute;w morskich i 24 sternik&oacute;w jachtowych co było ewenementem na skalę GOZŻ, kt&oacute;ry klub zaczął traktować poważniej. Cały czas czerpiąc z gdyńskich doświadczeń zorganizowałem porządne szkolenie na stopnie żeglarza i st. jachtowego co pozwoliło trzymać klub w cuglach.Robiliśmy remont, a dokładnie budowę jachtu &bdquo;Ślimak&rdquo;, klasy &bdquo;Szmaragd&rdquo;, kt&oacute;ry w 1971 roku został wyekspediowany do Rijeki w Jugosławii i tam buszowałem w 1971, 1972 i 1973 roku. Jeśli chodzi o szkolenie to w&oacute;wczas sternikami jachtowymi zostali przyszli kapitanowie: Zawadowicz, Oroczko, Mariański.<br />W połowie 1973 roku zdarzyło się w klubie nieszczęście, zginął bosman, Pan Bolek porażony prądem od wiertarki. Ze stoczni wyrzucono z-cę gł&oacute;wnego energetyka członka Zarządu Klubu Henryka Gardziewicza (j.st.m.) &ndash; po sprawie sądowej stocznia musiała go przyjąć na powr&oacute;t &ndash; klub zamknięto. Zostałem wezwany przez dyrektora stoczni inż. Andrzeja Kiecola, że mam zostać komandorem klubu w miejsce j.kpt. Zbigniewa Ostrowskiego. Zacząłem wyjaśniać, że jest to niemożliwe. Klub to oddzielna &bdquo;osoba prawna&rdquo; kierująca się własnym statutem i zmienić Zarząd i komandora może wyłącznie Walne Zgromadzenie. Doprowadziło go to do furii (skąd my to ostatnio znamy!!) i się na mnie obraził; byliśmy na stopie prawie że koleżeńskiej. Komandor Ostrowski widząc położenie sam podał się do dymisji i teraz Zarząd powierzył mi funkcję p.o. komandora. Tym sposobem kryzys został zażegnany, a klub m&oacute;gł działać. Jacht &bdquo;Ślimak&rdquo;, kt&oacute;rego byłem opiekunem, będąc poza zasięgiem wszelkich wpływ&oacute;w chodził jak zegarek. R&oacute;wnież szkolenie prowadzone na terenie klubu biegło normalnie.<br />Na rusztach zaistniałej sytuacji pr&oacute;bował upiec sobie pieczeń kpt. Andrzej Czajewski, kt&oacute;ry został zatrudniony jako etatowy kierownik klubu. Idea jego była taka: klub rozwiązać i w ramach działu socjalnego stoczni stworzyć sekcję jachtową. Oczywiście byłby kierownikiem, sprawy uległyby znacznemu uproszczeniu i nie byłoby żadnych komandor&oacute;w, zarząd&oacute;w, statut&oacute;w, wybor&oacute;w, i tym podobnych &bdquo;głupot&rdquo;. Quasi klub obsługiwałby &bdquo;akcję socjalną&rdquo;, kt&oacute;rej szczytem marzeń były obozy nad Jeziorakiem. Zdecydowanie przeciwstawiałem się takim zakusom, a pozycja kt&oacute;rą miałem już wtedy w stoczni (gł. inż. budowy trawler&oacute;w B422) była znacznie wyższa. Przy czym dyrektor, kt&oacute;ry się na mnie tak obraził został odwołany, a j.kpt. Andrzej Czajewski członek komisji szkolenia GOZŻ,nie był w stanie przedstawić żadnej sensownej wizji.<br />Tak przyszedł rok 1974. Coś trzeba robić, aby Klub wyciągnąć z zapaści, lecz nie było pieniędzy. Opracowałem plan:<br />1/ mniejsze jachty powinni sobie zbudować, lub kupić indywidualni żeglarze. Aby to zrobić należy zawiązać &bdquo;sp&oacute;łdzielnię&rdquo;, kt&oacute;ra by wspomagała seryjnie budowane jachty. Wyb&oacute;r padł na &bdquo;Karolinkę&rdquo; i zgłosiło się 34 chętnych na przyszłych armator&oacute;w; w tej materii podejrzałem &bdquo;władzę&rdquo; (sp&oacute;łdzielnie mieszkaniowe). Miała to być &bdquo;baza&rdquo; żeglarzy,<br />2/ dla tych kt&oacute;rzy wyrosną wyżej (st. jachtowych) byłyby zakupione &bdquo;Nefryty&rdquo; i inne trzydziestki, w przyszłości miały być kupione szalupy dezetki: dla zdrowia i manewr&oacute;wki,<br />3/ rejsom pełnomorskim miały służyć dwa jachty klasy &bdquo;HTC&rdquo; wykończone społecznie, dla kt&oacute;rych w stoczni jachtowej zakupiono kadłuby i silniki,<br />4/ aby klub był &bdquo;pełnowymiarowy&rdquo; miał być zakupiony jacht klasy &bdquo;Opal&rdquo;, dwumasztowy o pow. 80m2 żagla, dla j.st.m. i kapitan&oacute;w.<br />Plan zyskał poparcie dyr. ds. kooperacji inż. Czesława Kutra, poparł go szef ruchu, m&oacute;j kolega ze studi&oacute;w na PG, inż. Leszk Kryłowicz, także szef inwestycji inż. Speichert (ojciec zamiłowanego żeglarza). Niespodziewanie podobał się przewodniczącemu Związk&oacute;w Zawodowych &ndash; Marianowi Kamińskiemu. Kupiono pełne auto maty szklanej na &bdquo;Karolinki&rdquo;, kadłuby &bdquo;HTC&rdquo; i silniki do nich, zam&oacute;wiono &bdquo;Opala&rdquo;. Niespodziewanie nie wytrzymał trud&oacute;w Komisji Szkolenia GOZŻ i w bardzo młodym wieku j.kpt. Czajewski odszedł na wieczną wachtę. Nowy dyrektor - inż. Willy Fandrey &ndash; przybyły z Gdyńskiej Stoczni miał szersze horyzonty i chciał mieć reprezentacyjny klub jachtowy. Epoka wczesnego Gierka osiągnęła apogeum, przemysł stoczniowy szedł na szczytach koniunktury, zachodnie państwa lekkomyślnie dawały kredyty i <em>żyło się dostatnio</em> (na miarę czas&oacute;w), <em>a kraj r&oacute;sł w siłę,</em> a konto (o pożyczone pieniądze mieli się martwić ci co pożyczają; dzisiaj przyszli emeryci!!!).<br />Czas biegł, minęło już pięć lat, i trzeba było zorganizować regulaminowe wybory. Startowałem w wyborach na komandora. Na tle wybor&oacute;w wywiązała się nieprzyjemna intryga. W stoczni pojawili się motorowodniacy, kt&oacute;rzy chcieli jakoś działać &bdquo;przy&rdquo; klubie. Oświadczyłem, że jest to niemożliwe bo klub jest oddzielną &bdquo;osobą prawną&rdquo; i jeśli ktoś chce, może wstąpić do klubu, ale ze wszystkimi prawami i obowiązkami r&oacute;wnymi, dla wszystkich. Przeforsowałem tą sprawę i tuż przed wyborami do klubu wstąpiła duża grupa os&oacute;b. Ludzie ci mnie nie znali. Pr&oacute;cz tego zostali negatywnie nastawieni, chodziły &bdquo;ściągi&rdquo; i paszkwile z pom&oacute;wieniami, &bdquo;lumpenproletariat&rdquo; wreszcie mnie dopadł. Komandorem został kol. Stanisław Paszko, człowiek dobry, ale małego formatu &ndash; na poziomie najdalej Jezioraka.<br />Udało mi się jedynie przeforsować w statucie 2-letnią kadencję. Opozycja nie mogła pojąć jak kandydat na komandora zgłasza skr&oacute;cenie kadencji! Na tym tle było dużo wesołości! Bo przecież &bdquo;władzę&rdquo; bierze się po to by trzymać ją jak najdłużej (ta maniera jest i dzisiaj obserwowana).<br />Nowy komandor natychmiast wstrzymał akcję &bdquo;Karolinka&rdquo;; nie wyobrażał sobie, że ktoś może być właścicielem nawet tak małego jachtu. Można sobie wyobrazić jaki ogrom spustoszenia już w&oacute;wczas wyrządził komunizm w ludzkich umysłach (nie tylko w jego): był ogromnie przywiązany do własności społecznej, do pracy społecznej, do sprawiedliwości społecznej (komunizm w czystej postaci) &ndash; miał pod tym względem zdeformowany umysł, był zupełnie sfiksowany. I co? Właściciele będą pływali, gdzie chcą? Nie rozumiał? Zdążono zbudować jedną &bdquo;Karolinkę&rdquo; &ndash; o nazwie &bdquo;Grot&rdquo;. Z jednego &bdquo;HTC&rdquo;, kt&oacute;rego budował j.kpt. inż. Andrzej Ohler z ekipą, powstał s/y &bdquo;Harpagon&rdquo;, drugi wr&oacute;cił do stoczni jachtowej, gdzie wykończono go jako s/y &bdquo;Zagłoba&rdquo;.<br />Zimą mimo, że nie byłem już komandorem wezwał mnie dyrektor stoczni inż. W. Fandrey, że musimy udać się do stoczni jachtowej w sprawie zam&oacute;wionego &bdquo;Opala&rdquo;. Przyjęto nas kordialnie, kawą i przednim koniakiem. Okazało się, że stocznia sprzedała (sic!) &bdquo;naszego&rdquo; &bdquo;Opala&rdquo; i proponuje nam w zamian zakup &bdquo;Cartera 30&rdquo;. Sprawa była beznadziejna, zdawałem sobie z tego sprawę i wyraziłem zgodę. Tak trafił do klubu s/y &bdquo;Kmicic&rdquo;.<br />W drodze powrotnej, w aucie wyjaśniłem dyrektorowi, że klub, aby był klubem, o jakim marzy, musi mieć jacht dwumasztowy i można zbudować taki jacht stalowy w stoczni &ndash; przecież to mniej niż jedna sekcja &ndash; uzasadniałem. Miał dobry humor, był zadowolony i niebacznie wyraził zgodę.<br />Po powrocie natychmiast udałem się do sympatyka klubu, szefa biura konstrukcyjnego inż. Tadeusza Trznadla (st. jacht.), żeby stworzyć odpowiednie dokumenty. &bdquo;<em>Bez bumażki ja bukaszka [owadzik], a z bumażkoj soławiej [</em>słowik]&rdquo; &ndash; uczyli nas Rosjanie, dla kt&oacute;rych budowaliśmy okręty i statki. Dyrektor postawił podpis i nie było odwrotu. Koledze komandorowi przedstawiłem sprawę jako pomysł własny dyrektora co go skutecznie hamowało, bo nawet gdyby kr&oacute;l był nagi nikt nie śmiałby mu o tym powiedzieć. Zaproponowałem budowę stalowego jachtu klasy &bdquo;J-80&rdquo;. Oczywiście znalazło się stado &bdquo;mądrzejszych&rdquo;, kt&oacute;re wybrzydzało i chciało natychmiast ambitnie zaprojektować &bdquo;&oacute;smy cud świata!&rdquo;. Projektowanie jacht&oacute;w przez profan&oacute;w nie mających żadnego doświadczenia żeglarskiego jest bardzo niebezpieczne. Do Katowic pojechał j.st.m. inż. Jarosław Milewski, m&oacute;j zastępca i kolega ze studi&oacute;w, i przywi&oacute;zł od inż. Millera (j.kpt.) dokumentację jachtu sprawdzonego i udoskonalanego, i dzięki inż. Trznadlowi, kt&oacute;ry uruchomił technolog&oacute;w do przepracowania dokumentacji na warunki stoczniowe, budowa ruszyła.<br />Dopiero brać stoczniowa zobaczyła, że jest r&oacute;żnica między jachtem, a barką desantową. Gdybyśmy sami zaczęli się bawić w projektant&oacute;w nigdy byśmy jachtu nie zbudowali, a jeśli, to w ostateczności, byłby to potworek. Budowniczym jachtu i p&oacute;źniej opiekunem został j.st.m. Michał Wojtkiewicz (p&oacute;źniej j.kpt.). Tak powstał w 1979 roku jacht &bdquo;Wołodyjowski&rdquo;.<br />Zajęty pływaniem na M. Śr&oacute;dziemnym nie miałem okazji na nim pływać.<br />Po Wojtkiewiczu opiekunem jachtu został słynny &bdquo;Kapitan Mr&oacute;z&rdquo; &ndash; &bdquo;Dziadźka&rdquo; j.kpt. Aleksander Bereśniewicz. Dzielnie go przez lata wspomagał Henryk Gardziewicz (j.st.m.) kt&oacute;ry po nim przejął dziedzictwo.<br />Ja sw&oacute;j dług od jachtu odebrałem dopiero w 1984 roku organizując jesienią dwutygodniowe szkolenia z manewr&oacute;wki, kt&oacute;rą zdałem w październiku by ostatecznie wiosną 1985 zalegalizować sw&oacute;j &bdquo;konkubinat&rdquo; ze stopniem kapitańskim. Rok p&oacute;źniej kapitanami zostali uczestnicy tej manewr&oacute;wki: Henryk Cynke i Władysław Schischke. Pierwszy rejs miałem na nim w 1989 roku w końcu października na wystawę HANSEBOOT w Hamburgu (987 Mm). <br />W w2yniku &bdquo;transformacji&rdquo; sprzedano jachty: &bdquo;Zagłoba&rdquo;, &bdquo;Harpagon&rdquo;, &bdquo;Procjon&rdquo; i &bdquo;Ślimak&rdquo;. Kolejny rejs na wystawę w 1990 r. i jeszcze raz na tą wystawę w 1991 r. bliźniaczym s/y &bdquo;Merkury&rdquo;. W 1992 miałem latem rejsy: s/y &bdquo;Wołodyjowski&rdquo; do Lubeki i do Kłajpedy. W 2003 r. z Heniem Gardziewiczem popłynęliśmy do Kłajpedy i Nidy (patrz &bdquo;Żagle&rdquo; nr 04/2004). W kolejnym rejsie płynęliśmy w 2004 roku kanałami przez Szwecję (patrz &bdquo;Żagle&rdquo; nr 08/2005) tu też dowodził Heniek Gardziewicz. To był ostatni m&oacute;j rejs tym jachtem.<br /><br />Marian Lenz<br />Gdańsk 2016</div>
Komentarze
Brak komentarzy do artykułu