W SSI temat „morskość” Polski rozpoczął Zbigniew Rembiewski – link: Jerzy Kuliński (navsim.pl) W zasadzie był to przegląd pytań, bez wyraźnej konkluzji. Obejmował przede wszystkim okres II Rzeczpospolitej, kiedy nasze, odrodzone po rozbiorach państwo z przytupem objęło w posiadanie malutki odcinek dzikiego brzegu Bałtyku. I prawdę mówiąc się tym zachłystnęło. Dzisiaj publikowane rozważania Tomasza Konnaka skupia się na współczesnych bolączkach. Głównie na niedostatku zrozumienia wagi aktywności społecznej na poziomie podstawowym. Między Zbycha i Tomka wpisuje się serial raportów o rozwoju biblioteki i archiwaliów marynistycznych Michała Kozłowskiego. (15 newsów w SSI!). Zdumiewający rozmiarem jest przegląd różnych i licznych publikacji prasowych nie tylko z okresu przedwojennego, ale i kiełznanych działań w okresie „realnego socjalizmu” czyli PRL. Czyli sprawa „morskości” Polski nie jest tak jednoznacznie określona. .
Swego czasu uporczywie starszym z nas wykładano istotę bazy i nadbudowy. Inna sprawa, że w… zupełnie w innym kontekście, ale dziś dla wszystkich jest oczywiste, że imponujący efekt nadbudowy zależy od licznych małych uwarunkowań społecznych. O takich uwarunkowaniach rozmyśla Tomasz Konnak, Czytelnikom SSI znany jako zapalony regatowiec morski i niezwykle zaangażowany działacz żeglarski. Dziś przedstawiam Czytelnikom i Skrytoczytaczom SSI kolejny odcinek zapisy tych rozmyślań. Mam nadzieję, że się przyłączycie dyskusyjnie. Zbychowi Tomkowi, Michałowi dziękuję!
Póki co – pamiętajcie o kamizelkach! Nasz przyjaciel Edward niestety zapomniał L
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
===================================
CZY POLSKA JEST KRAJEM MORSKIM?
porty, terminale, stocznie, bałtyckie generatory energetyczne to imponująca ale tylko nadbudowa.
.
Don Jorge,
Czasopisma „Polska na morzu”, „Morze” i inne zauważają problem, że Polska odwróciła się od morza i krajem morskim już nie jest. Pada sporo deklaracji i postulatów zmian tego stanu rzeczy i to przez władze najwyższe i na najwyższym poziomie. Wielkie porty, wielkie przeładunki, wielkie inwestycje, wielka flota i wielka marynarka wojenna, energia wiatrowa z wielkich farm morskich. Mało kto widzi problem braku aktywności wodnej na tym najniższym ale podstawowym poziomie.
Czy Polska jest krajem morskim i wodnym?
Niestety bez aktywności wodnej na najniższym poziomie: kajaki, łódki, żaglówki, jachty, motorówki, supy. Aby szeroko rozumiana gospodarka morska mogła istnieć, muszą być ludzie, którzy potrafią zaknagować cumę łódki (ale także riba czy pontonu roboczego), którzy potrafią porozmawiać przez radio VHF (i mają do tego uprawnienia), którzy potrafią przepłynąć ribem czy motorówką serwisową na drugi brzeg kanału czy rzeki. Którzy potrafią uruchomić flarę ręczną albo rakietę spadochronową. I którzy wiedzą jaka bywa siła fal, prądów i wiatru albo czemu nie należy pływać w okolicy falochronów.
Tacy ludzie są przydatni nie tylko w razie jakiejś zawieruchy dziejowej, ale także podczas prac czy to nad Kanałem Elbląskim, czy to przy farmach wiatrowych. Ta wielka gospodarka morska musi mieć bazę ludzi, którzy będą o wodzie COŚ wiedzieli. Którzy wodę lubią, którzy umieją pływać nie tylko sami, ale i na jakimś sprzęcie.
Bez tego Polska nigdy nie będzie państwem morskim. Wygląda na to, że problem rozumiały władze w okresie międzywojennym. Gdy czyta się newsy Michała Kozłowskiego w SSI omawiajkące przedwojenne czasopisma o powstawaniu klubów wodniackich, wioślarskich i żeglarskich, o pływaniu łódkami po Zatoce Puckiej, o rejsach małych i najmniejszych, o szeroko rozumianej aktywności wodnej, to można myśleć, że wtedy system powrotu Polski na morze był spójny i pełny. Teraz nie jest, choćby dlatego, że drobna aktywność wodna jest oceniana przez tych wielkich jako chwasty morza. Działa to jeszcze jakoś na śródlądziu, działa troszkę na Zalewie Szczecińskim (raczej przez aktywność i zrozumienie gmin nadwodnych). Reszta naszego długiego wybrzeża jest pod tym względem martwa. I nie chodzi o wspomaganie i finanse. Chodzi tylko o n i e p r z e s z k a d z a n i e i zrozumienie uwarunkowań technicznych.
.
Warunki techniczne to np. brak przeszkód na wodzie. Czy to na Wiśle (nielegalny próg wodny), czy na mniejszych kanałach i rzekach nadmorskich, gdzie tyle jest mostów stałych zamiast zwodzonych. To zrozumienie, że każdą jednostkę pływającą trzeba jakoś zwodować (slipy, dźwigi marinowe), że trzeba ją gdzieś konserwować (miejsca do prac i na postój zimowy), że często trzeba daną jednostkę wyciągnąć awaryjnie żeby wymienić dławicę czy stropik miecza, pomalować dno (znów dźwigi przystaniowe), że jachtom żaglowym bardzo przydają się dźwigi masztowe (do stawiania/zdejmowania, konserwacji i napraw masztów). A jeżeli jeszcze chcemy rozwoju regat, to do pomiarów regatowych i ważenia jachtów także potrzebne są dźwigi. Nie da się zważyć jachtu nawet wagą legalizowaną na travelifcie!
.
Sumując: Są dowody na to, że przed II-gą wojną wszyscy byli na wodzie mile widziani, a cały system można było uznać za kompleksowy. Teraz tego nie ma, i sądzę, że bez zrozumienia problemu powrót Polski na morze, taki na serio, nie uda się.
.
Kolejny aspekt, także pomijany. Wszelka aktywność wodna oznacza ruch, którego ludziom tak bardzo teraz brakuje i nad czym tak bardzo ubolewają media i różne, tzw. „czynniki”. Tylko że gdy przychodzi do praktyki, to już nie jest tak fajnie.
Inny aspekt, o którym aż się boję wspomnieć. Morze to rejon przygraniczny i ostatnio znowu coraz bardziej wrażliwy. Sądzę, że polityka SG i UM w traktowaniu ludzi poruszających się po morzu na różnych jednostkach, jest, hmm… niezbyt przemyślana. Można wprowadzać coraz większe szykany i utrudnienia, ale można też postawić na współpracę. Temat jest delikatny, a moje osobiste doświadczenia z wielu lat żeglowania powodują, że mogę nie być obiektywny.
C.d.n.
Tomasz Konnak
Też odnoszę wrażenie, że przed wojną bardziej nagłaśniano sprawy morskie. To pewnie efekt, że
wszyscy się cieszyli z odzyskania dostępu do morza. Po wojnie żeglarstwo i wszelkie sporty wodne na
morzu niemal ustały. Grabiono plaże by nikt się nie wydostał i stawiano wieżyczki wartownicze.
Brakowało jachtów, ale najgorsze były utrudnienia przy wypływaniu w morze. Trudna drabinka stopni
żeglarskich i konieczność uzyskiwania zgody do pływania po morzu. Powojenne porty jachtowe to
niewielki procent obecnej infrastruktury. Po wielu latach udało się otworzyć morze dla normalnych
ludzi. Powstało wiele marin na setki jachtów. Napełniły się prywatnymi jachtami, choć sporo to stare
jachty kupione za granicą. Dziś wystarczy pojechać do Helu i pospacerować po porcie i deptaku
nadmorskim. Ten region tętni życiem. W Jastarni czy Chałupach w wietrzny dzień widać setki
deskarzy. W Górkach Zachodnich nawet nie wiem, ile jest portów jachtowych pełnych łodzi i żeglarzy.
Problem widzę, ale gdzie indziej. Nikt się nie wstawia za żeglarzami. Teoretycznie powinien dbać o
sprawy żeglarzy PZŻ, ale nie widzę walki o nasze swobody. Faktycznie rozpropagowali Polską banderę
na wielu jachtach w świecie, tylko czy o takie wsparcie chodziło… Organizacje społeczne niestety to
malutkie grupy żeglarzy bez szans na walkę w naszym imieniu. Kuriozalne zgłoszenia wejść i wyjść z
portów czas by odeszły w zapomnienie, ale niestety zaczynamy się przyzwyczajać. Na śródlądziu
obniżono próg obowiązkowej rejestracji jachtów. Dodano obowiązkowe przeglądy nawet nowych
jachtów w czarterach na śródlądziu. Taki przegląd to kilka minut wizyty inspektora przy jachcie, ale
kilkaset złotych zarobi. Nie ma to nic wspólnego z bezpieczeństwem, to danina. Mam swoje lata i
pamiętam, gdy się kiedyś jeździło z dowodem rejestracyjnym by uzyskać pieczątkę i wraca chyba.
Jedyna szansa to takie stowarzyszenia jak SAJ. Niestety by miały jakąś moc muszą mieć zaplecze w
wielu żeglarzach, a do pracy społecznej nikt się nie garnie. Zapisujcie się do Stowarzyszenia
Armatorów Jachtów i róbmy listę pilnych spraw do załatwienia. Ja bym zaczął od tego zgłaszania
wyjść, to jesteśmy w stanie zmienić. Pewnie zorganizowany strajk włoski musiałby zostać dostrzeżony
przez władze. Wszystkiego naraz się nie zmieni, ale jedno po drugim pewnie jest realne. Bibliotekę
porzucam chwilowo i zaczynam wakacje na Naszym kochanym Bałtyku.
Pozdrawiam Michał
Też odnoszę wrażenie, że przed wojną bardziej nagłaśniano sprawy morskie. To pewnie efekt, że
wszyscy się cieszyli z odzyskania dostępu do morza. Po wojnie żeglarstwo i wszelkie sporty wodne na
morzu niemal ustały. Grabiono plaże by nikt się nie wydostał i stawiano wieżyczki wartownicze.
Brakowało jachtów, ale najgorsze były utrudnienia przy wypływaniu w morze. Trudna drabinka stopni
żeglarskich i konieczność uzyskiwania zgody do pływania po morzu. Powojenne porty jachtowe to
niewielki procent obecnej infrastruktury. Po wielu latach udało się otworzyć morze dla normalnych
ludzi. Powstało wiele marin na setki jachtów. Napełniły się prywatnymi jachtami, choć sporo to stare
jachty kupione za granicą. Dziś wystarczy pojechać do Helu i pospacerować po porcie i deptaku
nadmorskim. Ten region tętni życiem. W Jastarni czy Chałupach w wietrzny dzień widać setki
deskarzy. W Górkach Zachodnich nawet nie wiem, ile jest portów jachtowych pełnych łodzi i żeglarzy.
Problem widzę, ale gdzie indziej. Nikt się nie wstawia za żeglarzami. Teoretycznie powinien dbać o
sprawy żeglarzy PZŻ, ale nie widzę walki o nasze swobody. Faktycznie rozpropagowali Polską banderę
na wielu jachtach w świecie, tylko czy o takie wsparcie chodziło… Organizacje społeczne niestety to
malutkie grupy żeglarzy bez szans na walkę w naszym imieniu. Kuriozalne zgłoszenia wejść i wyjść z
portów czas by odeszły w zapomnienie, ale niestety zaczynamy się przyzwyczajać. Na śródlądziu
obniżono próg obowiązkowej rejestracji jachtów. Dodano obowiązkowe przeglądy nawet nowych
jachtów w czarterach na śródlądziu. Taki przegląd to kilka minut wizyty inspektora przy jachcie, ale
kilkaset złotych zarobi. Nie ma to nic wspólnego z bezpieczeństwem, to danina. Mam swoje lata i
pamiętam, gdy się kiedyś jeździło z dowodem rejestracyjnym by uzyskać pieczątkę i wraca chyba.
Jedyna szansa to takie stowarzyszenia jak SAJ. Niestety by miały jakąś moc muszą mieć zaplecze w
wielu żeglarzach, a do pracy społecznej nikt się nie garnie. Zapisujcie się do Stowarzyszenia
Armatorów Jachtów i róbmy listę pilnych spraw do załatwienia. Ja bym zaczął od tego zgłaszania
wyjść, to jesteśmy w stanie zmienić. Pewnie zorganizowany strajk włoski musiałby zostać dostrzeżony
przez władze. Wszystkiego naraz się nie zmieni, ale jedno po drugim pewnie jest realne. Bibliotekę
porzucam chwilowo i zaczynam wakacje na Naszym kochanym Bałtyku.
Pozdrawiam Michał