Ani się w SSI obejrzeliśmy, kiedy s/y ”Epoka” przeżeglował Atlantyk w poprzek i dotarł do Karaibów, a konkretnie do francuskiej wyspy Martynika.
Niedaleko na SE od GuantanamoJ Wyspa ma powierzchnię około 1,1 tyś km kwadratowych. Zaludnona około 350 tysiącami stałych mieszkańców. Przez cały rok przyjmuje najazdy hord turystówz USA, Francji i nawet z Polski. Klimat jak na Kubie. Można się kąpać nawet w lutym.
Kibicujemy zacnym i ambitnym emerytom Markowi Zwierzow i Joannie Siemiak.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
============================
Emeritus Travel - 5
Zostawiliśmy Was, Drodzy Czytelnicy i Skrytoczytacze SSI w trakcie pokonywania trasy z El Hiero na Gran Canarię. Użyliśmy jak psy w studni. Tak to jest, że w złą pogodę wpada się zawsze, jak ma się terminy albo jak się człowiek spieszy. Tym razem wiało całkiem, całkiem dokładnie z kierunku, w którym płynęliśmy. Nie będziemy się specjalnie tutaj nad nami rozczulać. Dość, że dopłynęliśmy, spotkaliśmy się z oczekującycym nas Przyjacielem i rozpoczęliśmy przygotowania do rejsu we trójkę w kierunku Wysp Zielonego Przylądka.
Poza sprawami oczywistymi, jak zakupienie i przygotowanie jedzenia i picia najważniejszym naszym zakupem był generator. Niewielki, ale okazał się bardzo ważny. Wprawdzie jeszcze przed wyruszeniem w rejs zrobiliśmy dość dokładny bilans energetyczny, ale chyba przeceniliśmy praktyczne możliwości naszych paneli solarnych. Dość, że prądu wystarcza nam na około 14 do 20 dni. Potem trzeba by wszystko wyłączyć i poczekać, aż słońce uzupełni nasze energetyczne braki. Alternatywą stał się właśnie generator. Ładował nam akumulatory i na Cabo Verde i na Atlantyku. Ale nie uprzedzajmy faktów.
W ciasnocie zapakowanego po uszy „Cartera” (30’), bo w końcu rzeprowadziliśmy się z 80-metrowego mieszkania do 9-metrowej łódki, jazda z „ciepłą koją” sprawdziła się znakomicie. Nasz Przyjaciel, który postanowił sprawdzić, czy takie spędzania czasu na emeryturze będzie mu jeszcze sprawiało przyjemność, chyba odhaczył ten rejs jako doświadczenie pozytywne. W każdym razie my mieliśmy bardzo komfortowy przelot z możliwością wysypiania się niemal do woli.
.
Wycinek z mapy NAVIONICS
.
Po dziewięciu dniach stanęliśmy na kotwicy w porcie Palmeira na wyspie Sal. Tej najbardziej na północny wschód wysuniętej wyspie archipelagu Cabo Verde. Jeszcze na Maderze spotkany Anglik na wiadomość, że wybieramy się na Wyspy Zielonego przylądka mruknął tylko pod nosem „dusty!” – faktycznie, pył wdzierał się wszędzie. Fały, wanty, wszystko było od nawietrznej strony zapylone. Nie mogliśmy się pozbyć tego pyłu przez kolejnych kilka tysięcy mil. Są ludzie, którzy Cabo Verde uwielbiają. Profesor Religa uważał wyspę Sal za uosobienie raju na Ziemi. Szczególnie urzekły go możliwości wędkowania. Sławomir Idziak, jeden z czołowych polskich operatorów filmowych, zachwycił się możliwościami surfowania i wiele lat mieszkał na Wyspach. Polka mieszkająca na Sal jest przewodniczką, ale też mocno angażuje się na rzecz lokalnej społeczności.
Sama wyspa nie ma zbyt wielu atrakcji, ale to co ma, potrafi znakomicie wyeksponować. Szczególną atrakcją jest spotkanie z rekinami. Znanych jest w całej historii 11 ukąszeń spowodowanych przez rekiny cytrynowe, czyli kąpiel z nimi jest raczej bezpieczna. Jedziemy do zatoki rekinów przez zupełną pustać. Na horyzoncie nagle pojawia się grupa bud skleconych z byle czego. Wygląda to jak dekoracja do „Mad Maxa” czy osiedle na planecie Tatoowine z „Gwiezdnych Wojen”. Można tam pożyczyć buty do brodzenia w wodzie, uiścić opłatę i nabyć pamiątki. Następnie wchodzimy po kolana do wody, a niewielkie rekiny pływają nam pomiędzy nogami.
Wprawdzie nie wiemy, co na to rekiny, ale generalnie robi to wrażenie. Szczególnie jak oglądamy zrobiony pod wodą film. Woda pełna jest kolorowych rybek, których z góry zupełnie nie widać. Drugą atrakcją jest dawna produkcja soli w calderze wygasłego wulkanu. Podsiąka tam słona woda, wysokie temperatury w osłoniętej od wiatru calderze zagęszczają zasolenie i powstaje jezioro z niemal nasyconym roztworem soli, podobnym do tego w Morzu Martwym. Człowiek unosi się na wodzie bez jakiegokolwiek wysiłku. Dawniej sól odtransportowywano wiszącą kolejką podobną do tej, którą chciał na Krecie zbudować Alexis Zorbas, bohater filmu „Grek Zorba”. Obecnie produkcja soli prowadzona jest na niewielką skalę, a chyba główne dochody przynosi moczenie w solance turystów.

.
Z rozkoszy kulinarnych odkryliśmy „strowberry fish” – „rybę truskawkową”. Rzeczywiście jej czerwona skóra nakrapiana niebieskimi punkcikami nieco przypomina truskawkę. Po polsku ryba nazywa się Grapatka, a oficjalnie Garoupa, z rodziny Epinephelidae, strzępielowatych. Występuje u wybrzeży Afryki Zachodniej i w rejonie Wysp Zielonego Przylądka. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych ryb, jakich udało nam się próbować.

.
Po jakimś czasie ruszamy na zachód. Zatrzymujemy się na kotwicy pod wyspą Sao Nicolau. Nie schodzimy na ląd, bo nie mamy ochoty za każdym razem załatwiać formalności z odprawą. Na szczęście nie ogranicza to kontaktów z miejscowymi rybakami. Zostaliśmy przez jednego z nich zaopatrzeni w nasze ulubione Grapatki, więc schodzenie na ląd stało się zbędne.
Na Święta lądujemy w Mindelo. Największe miasto na Sao Vincente powstało w wyniku rozwoju żeglugi. Parowce płynące wzdłuż afrykańskich wybrzeży czy kierujące się do Ameryki Południowej, musiały po drodze zaopatrywać się w węgiel. Tutaj powstały dla nich składy węgla i na tej bazie miasto zbudowało swój dobrobyt. Port nie jest duży, ale kotwicowisko obejmuje niemal całą zatokę. W jej rogu zadomowiła się marina. Od razu widać, że została zaprojektowana przez żeglarzy dla żeglarzy. Do pomostów od strony nawietrznej cumuje się do boi i do pomostu, a od strony zawietrznej do mooringów typu śródziemnomorskiego. Jest tu wszystko, czego potrzeba żeglarzom; pływający bar, niewielki sklepik żeglarski, toalety i prysznice, a w niewielkiej odległości możliwość zaopatrzenia się w podstawowe produkty. Tutaj wszyscy przygotowują się do zmierzenia się z Atlantykiem. Nawet chwilę zacumowały tu trzy „Setki” w regatach „Setka Altantic Challenge”. Kierunki są różne. Brazylia, Gujana, Surinam, Grenada, Saint Lucia, Martynika. Flagi na jachtach także: Francuzi, Niemcy, Anglicy, Austriacy, Szwajcarzy, Norwedzy, Szwedzi…
Wszyscy? Nie damy sobie obciąć głowy za wymienienie wszystkich. Wprawdzie również się intensywnie przygotowujemy, ale też stęskniliśmy się za zielonym, bo przecież „jeszcze w zielone gramy…” Na jeden dzień płyniemy promem na sąsiednią Sao Antao, najbardziej na zachód wysuniętą wyspę archipelagu. Tam jest naprawdę zielono. Zielono i kolorowo. Nasyciwszy oczy tą zielonością wracamy na sylwestrowy wieczór do Mindelo. Trzeba przyznać, że miejscowi mają zdrowie. Codziennie, a raczej każdej nocy od Świąt do Sylwestra odbywała się w mieście huczna impreza. Tak huczna, że w marinie trudno było zmrużyć oko. Ile jachtów z tego powodu wypłynęło z opóźnieniem naprawdę trudno policzyć. My ypłynęliśmy 4 stycznia. W styczniu pasat był zdecydowany. Wprawdzie na środku Atlantyku w połowie miesiąca wytworzyła się spora dziura wiatrowa, ale udało nam się ją ominąć od południa i siła wiatru rzadko schodziła poniżej 5° B i zwykle było wiatru dużo więcej. Byliśmy przygotowani na wiatry wymagające genakera czy spinakera, zastanawialiśmy się nad sprawieniem sobie bliźniaczych foków pasatowych. Rzeczywistość była bardziej brutalna. Zaczęło się od refowania grota by po trzech dniach sprzątnąć go całkowicie i resztę dwudziestodniowego przelotu płynąć tylko pod niewielkim foczkiem. Prędkości przy tym oscylowały między 5 a 9 węzłami, co w zasadzie stawia pod znakiem zapytania dokładność pomiaru, bo przecież Carterek tak szybko, przynajmniej teoretycznie, żeglować nie powinien. Ten fragment naszego rejsu planowaliśmy na cztery tygodnie, zapasy, a szczególnie wodę, przygotowaliśmy na sześć. Z początku płynęliśmy bez stałego podziału na wachty, ale w krótkim czasie ustalił się prosty podział: Asia w dzień, Marek w nocy. Po dziesięciu dniach musieliśmy przełączyć zasilanie na drugi set akumulatorów, bo nasze solary nie nadążały z produkcją prądu. Poczekaliśmy jeszcze kilka dni na relatywnie nieco spokojniejszą pogodę i odpaliliśmy kupiony na Gran Canarii agregat. O dziwo, chociaż w instrukcji obsługi wprost napisano, że nie należy go przechylać, przez sześć godzin doładował pusty zestaw naszych LiFePo4 na tyle, że już spokojnie płynęliśmy do celu. Po dwudziestu dniach opuściliśmy kotwicę na największym kotwicowisku na Karaibach, Sainte-Anne na Martynice. Po dwóch dniach przenieśliśmy się do mariny w Le Marin. Stojąc przy pomoście łatwiej jest uzupełnić wodę, skorzystać z dobrodziejstw prądu elektrycznego i pryszniców. Na razie zajmujemy się łódką i trochę sobą. Eksplorację Karaibów zostawiamy na nieco później, ale z pewnością będziemy donosić o naszych dalszych przygodach.
.
Marek Zwierz i Joanna Siemiak
s/y „EPOKA”