BIAŁEGO WIELORYBA PRZYGODY WIELKANOCNE NA AZORACH

Ukraińcy dzielnie odpierają ataki hord czerni - zwyrodniałych morderców, gwałcicieli, burzycieli i rabusiów.

Cywilizowany świat wreszcie zaczyna pojmować co to znaczy solidarność w obronie uniwersalnych wartości 

wolności i prawa.

Stoimy nad przepaścią, bo złoczyńcy dysponują  atomową bronią globalnej zagłady. A tymczasem jak gdyby

nigdy nic - “Biały Wieloryb”, czyli Marek Popiel organizuje sobie i przyjaciołom wielkanocny rejs azorski.

Pewnie tak sobie kalkuluje – kto wie czy to nie ostatnia okazja. Okazja okazała się okazją do pokazania na czym

polega dzielność żeglarska.

Doceńcie.

Żyjcie wiecznie ¡

Don Jorge

PS. Nie zapominajcie o Sundzie.

===================================================

Motto:

Nie opuszczaj jachtu dopóki on cię nie opuści.

.

 

Wielkanoc na Azorach.

 

Odwiedzenie Azorów chodziło mi po  głowie od jakiegoś czasu, aż wreszcie przyjaciele powiedzieli – nie kombinuj tylko zorganizuj. Chętnych było jak zwykle na początku sporo ale poszukiwania wystarczająco dużego jachtu spełzły na niczym.  Czarterowni tam niewiele i raczej nie trzymaja tam pięćdziesiątek.  Stanęło zatem na dwóch  41 stopowych bavarkach i pozostał casting na drugiego skipera. Paweł zgłosił się  nieśmiało zatem uznałem, że wstępne podchody zostały ukończone. Zdecydowaliśmy się na termin od 9 do 23 kwietnia


      Samolot z przesiadką w Lizbonie wysadził większość z nas w Ponta Delgada wczesnym popołudniem i z lotniska przetransportowaliśmy się do hostelu Pa Dereito. Sale były wieloosobowe z piętrowymi łóżkami. Andrzej z Hanią przylecieli nawet wcześniej.  Hostel tani  i godny polecenia. Zdążyliśmy jeszcze na spotkanie w wesołej knajpce na tej samej ulicy. Na jacht przenieśliśmy sie dopiero w sobotę.

 

          Normalnie wyszlibyśmy w morze następnego dnia rano, ale wiało jak w kieleckim więc zdecydowałem dać się wiatrowi wydmuchać.  Następne dwa dni poświęciliśmy lądowej turystyce.  Najpierw do Fumas.  Rozległa kaldera z jeziorkami i miejscami gdzie wydobywa się gorąca, śmierdząca siarkowodorem para.  Są tam wydrążone studzienki w których gotowane są potrawy z kilku gatunków mięsa. Zatem, po obejściu kaldery odszukaliśmy knajpkę w której serwowane są te wulkaniczne potrawy. Warto było spróbować. Następnego dnia wybraliśmy się do wulkanu Siete de Ciudades na zachodnim skraju wyspy.  Na dnie dwa spore jeziorka, jedno zielone drugie błękitne. Może przy słonecznej pogodzie bo dla nas obydwa były szare.  Spory spacer krawędzią kaldery później strome zejście na dno gdzie wyszukaliśmy knajpkę ze szwedzkim stołem.  W ten sposób przymusowe wstrzymanie wypłyniecia nie było zmarnowane.

 

          Wreszcie we wtorwk 12 wiatr sfolgował i odszedł na SSW co stworzzyło korzystne warunki do żeglugi na Tercerę. Wyszliśmy z portu o 0800 i po wysunięciu się z zatoki postawiliśmy żagle. Wiatr 16 węzłów stopniowo się rozkręcał i wieczorem trzeba było się zarefować. Do Angra de Heroismo dotarliśmy jeszcze przed świtea, ale nie zdecydowałem się wchodzić do nieznanego portu po ciemku i żwawym dopychającym wietrze. Ostatecznie do portu weszliśmy dopiero o 0800. Na logu zebrało się 115 mil. Moi ambitni załoganci nie odpuścili,  czwartek został poświęcony na wycieczkę do Misterio dos Negros. Tym razem trasa wokó kaldery nie była łatwym spacerkiem i wiodła na przemian błotnistymi ścieżkami wokół niewielkich jeziorek, to wspinaczką po blokach lawy i wreszcie przez nie mający żadnej ścieżki las. Chwilami wątpiłem, czy dobrze zrobiłem wybierając się na tą wycieczkę.  Ale widoki warte były wszelkich trudów. Na koniec większość ekipy poszła zwiedzać Grota de Natal czyli wulkaniczną jaskinię. Ja z paroma osobami odpuściłem, bo wyraźnie zmarzłem więc wróciliśmy na jacht.

 

          W piątek  15 kwietnia o 0900  opuściliśmy zaciszny port w Angra do Heroismo i ruszyliśmy w kierunku nowego celu, którym była wyspa o pięknej  nazwie Graciosa.  Etap mieścił się w granicach 50 mil.  Problemem był fakt, że na Graciozie nie ma portu jachtowego. Wprawdzie dostaliśmy ulotkę opisującą sporą marinę kolo miasta Santa Cruz da Graciosa ale  w rzeczywistości był tam tylko wybudowany falochron zatem pozostał nam rybacki porcik  Praia w którym żeglarze są zaledwie tolerowani. Paweł na Urze tym razem nas wyprzedził więc rzucił kotwicę  pod osłoną zewnętrznego falochronu a ja ostrożnie wsunąłem się do portu.  Według mapy powinno tam być 3 – 5 m ale echosonda alarmowała o 20 cm. W porcie stały dwa jachty i znalazłem jeszcze dwa miejsca przy pływającym pomoście. Po zacumowaniu wezwaliśmy Urze do portu.

 

          W sobotę rano odwiedzili nas dwaj policjanci prosząc by zameldowć się “no rush” z dokumentami w domku z zielonymi okiennicami. Młodzi eksplorerzy wyruszyli odkrywać kolejny wulkan a my zwiedzaliśmy senne miasteczko/. Wizyta  w domku z zielonymi okiennicami skończyła się długą, przyjacielską pogawędką. Przy okazji zapoznaliśmy się ze szwajcarską załogą jednego z jachtów, która poźniej przez kilka dni żeglowała razem z nami. Ciekawostką jest fakt, ży był to jedyny z odwiedzonych podczas rejsu portów, w którym toalety były otwarte okrągłą dobę.

 

          Świtkiem 17 kwietnia wyruszyliśmy  z portu i najpierw skierowaliśmy sie prosto pod wiatr czyli na NW aby okrąży wyspę. Miałem ochotę zaglądnąć do tej wciąż budowanej mariny ale kipiel  na falochronie definitywnie mnie z tego pomysłu wyleczyła.  Dalej z wiatrem w plecy wojowaliśmy z grymaśnym fokiem który za nic nie chciał pracować “na motyla”.  Najpierw minęliśmy zachodni przylądek nękanej trzęsieniami ziemi  wyspy  Sao Jorge i wreszcie popołudniu dotarliśmy w okolicę Horty na wyspie Fajal.  Osłonięci wysokim brzegiem od wiatru i fali  sprzątnęliśmy żagle, wyłożyli cumy i odbijacze i podążyli do rozległego awanportu Horty. W głębi znajdują się dwie mariny i położena między nimi keja  recepcyjna. Stanęlismy grzecznie w kolejce z teczką pełną dokumentów.   Pomimo, że w każdym porcie odbywają sie komputerowe check-in check-out,  za każdym razem odbywała się żmudna procedura wpalcowywania listy załogi. Marinero zaznaczył nam na planiku przeznaczone dla nas miejsce  przy falochronie matiny północnej.  Okazało się, że stanęliśmy nie przy falochronie lecz przy zimującym tu staruszku a przy niskiej wodzie wspinanie na falochron było dla wielu z nas nieosiągalne.  Wytrzymałem do rana  popędzanie przez zeźloną załogę i po ósmej ruszyłem do recepcji uzbrojony w wiedzę o wolnych stanowiskach przy pływającym pomoście na przeciwko.  Inny dziś marinero  wyjaśnił, że te wolne miejsca należą do firmy czarterowej i nie wiadomo kiedy będą potrzebne jednak po odbyciu szeregu telefonów pozwolił nam tam stanąć.

 

          Kolejne dwa dni poświącone zostały lądowym wycieczkom. W poniedziałek 18.04 na przylepione do Faial kratery Montedas Mocas i  Guia. Ten ostatni ma ścianę krateru otwartą na morze i  od biedy mógłby stanowić schronienie dla małych łodzi, Nie jest ponieważ wulkan stanowi rezerwat przyrody. Na przesmyku  między tymi górami znajduje się muzeum wielorybnictwa. Oczywiście, nie omieszkaliśmy odwiedzić słynnej Cafe Sport obwieszonej banderami i proporczykami z wszystkich stron świata. Następnego dnia bardziej ambitna część naszych załóg wyruszyła najwcześniejszym promem do Madaleny na wyspie Pico.  Port nie ma miejsca na zacumowanie  jachtu a  jedyny spełniający w jakiejś mierze te wymagania Lajes de Pico leży bliżej wschodniego końca wyspy. Wyruszyli na zdobycie najwyższego szczytu Portugalii czyli 2300m Pico. My tą samą drogą po śniadaniu udaliśmy się do Madaleny gdzie, między innymi, odnaleźliśmy również maleńkie muzeum wielorybów.  Nasi alpiniści ( może raczej piconiści?) z trudem zdążyli na ostatni prom na Faial więc nie trzeba było organizować ekspedycji ratunkowej.

 

          W środę 20.04 odmeldowujemy się z mariny i ruszamy  w stronę Sauo Jorge, do Velas. Wcześniej próbowałem się skomunikować z tamtejszą mariną ale niestety, bezskutecznie więc proszę o pomoc marinero z Horty. Ten jednak, śmiejąc sie, mówi, że bez obaw, w Velas jest pusto bo wszyscy rezydenci zabrali swoje jechty w obawie przed trzęsieniem ziemi. Ale możemy sie nie obawiac. Wiatru na lekarstwo. Płyniemy wolniutko, rozglądając sie za wielorybami. Przed nami kilka stateczków, które wywiozły turystów na podglądanie wielorybów. Nam też się wkrótce udaje się napotkać  leniwie sie wylegujące kaszaloty. Do Velas wchodzimy 1622 bo poszukując wielorybów nawinęlismy 25 mil. Dyżurujący hafenmeister okazuje się niesłychanie sympatycznym gościem, z ciekawością wypytujący nas o nasze spojrzenie na wojnę w Ukrainie.  Spacery po mieście, winko w knajpce dla lokalsów a nawet  wycieczka do ogrodu botanicznego.  Zapytany kiedy było ostatnie trzęsienie ziemi spogląda na zegarek i mówi: 50 minut temu. Nie zauważyliśmy.

 

          Pozostaje nam 135 mil do Ponta Delgada. Windy zapowiada umiarkowany, 15 – 25 węzłów wiatr z NW zatem baksztagowy. Nocka nas nie minie więc postanawiam spokojnie, postawić foka  i bez napinki pożeglować z wiatrem.  Powinniśmy w Ponta Delgada być w piątek przed południem.  Urze robi to samo i płyniemy obok siebie ale po jakimś czasie jednak ich wyprzedzamy. Niby jednakowe łódki ale jakoś Hera wydaje się nieco szybsza. Jachtem steruje autopilot zwany Antosiem, wachta  śledzi otoczenie. Powoli noc zapada i wiatr nieco tążeje.  Idę spać ubrany na stand by.

 

          W srodku nocy alarm. Antoś oszalał. Łódka robi co chwilę dramatyczne rufy, Fok strzela to na jedną to na drugą burtę. Przełączenie na ręczne sterowanie niczego nie poprawia.  Każę wyciągnąć rumpel awaryjny z bakisty a sam odsłaniam jego gniazdo  w dnie kokpitu. Trzon steru reaguje poprawnie na ruchy koła zatem pozostaje  brak płetwy sterowej.  Nikt nie wyczuł żadnego uderzenia ale goniące nas fale urosły już do trzech metrów, więc uderzeń było pod dostatkiem. Może zaczepilismy kaszalota? Zabieramy się więc za rolowanie foka. Niestety, zaniedbanie tego w pierwszej chwili  kończy się jego porwaniem i zwija się tylko jego dolna część

 

          Odległośc do Ponta Delgada to jeszcze 55 mil, więc sygnału  telefonicznego ani internetowego nie ma. Urze nas dogania i oferuje nam asystę ale rezygnuję z tego. Zatonięcie nam nie grozi zatem lepiej, żeby możliwie szybko dopłyneli do miejsca w którym uda im sie  wywołać armatora.  Ja zasiadam do radia i z ciężkim sercem wywołuje mayday.

 

    Po dwóch powtórzeniach odzywa sie płynący w pobliżu tankowiec Jako relay wywołuje Ponta Degada.  Marinero z portu wypełnie  chyba jakis formularz bo kolejno wypytuje nas o pozycję, stan załogi, srodki ratunkowe i jeszcze sto innych informacji. No, morze nie całe sto.  Łączność jest marna  i odbiór pełen szumów.  Wkrótce okazuje się, że w pobliżu znajduje się okręt marynarko wojennej “Setubal” i to on przejmuje kierowanie akcją. Podaję mu namiary na armatora ale  dopiero rano udaje sie nawiązać z nim kontakt.  “Setubal” proponuje zdjęcie nas z jachtu ale skoro nie toniemy, nie akceptuję tego. Ostatecznie przed południem czworo załogantów decyduje się na przesiadke.  Z “Setubala” przybywa rib  i na rozkołysanym morzu  zabiera ich do siebie.  Na okręt docierają mokrzy do pasa ale tam natychmiast zaopatruję ich w suche ubrania, serwują obiad i wysyłają spać.   Nawet proponuja nam przysłanie obiadu ale  przecież żywnosci nam nie brakuje.  Godziny mijaja aż koło południa jest wiadomość, że rusza po nas kuter rybacki.

 

          Zapada zmrok więc zapalam wszystko zo na jachcie może sie świecić.  Kuter dociera do nas koło 2300.  Podchodzi do nas rufą obłożoną  rzędem wielkich odbijaczy. W pierwszym podejściu wrzucają mi na pokład gruby strop zakończony pętla. Obkładam go dookoła masztu. W nastepnym podejsciu wskakuje Jose który unieruchamia strop na dziobie i wiąże go z podanym w kolejnym podejsciu holem. Żadnej komunikacji z nimi bo nikt nie mówi po angielsku. Ostatecznie Jose wraca na kuter i powoli ruszamy do przodu.  “Do przodu” nie  jest  własciwym przedstawieniem sytuacji, bo pozbawiony płetwy sterowej jacht co chwilę usiłuje popłynąć w inną stronę az do brutalnego szaronięcia za hol.  Przypomniał mi sie opis Moitessiera z żegowania z wiatrem  po wysokiej fali  i wyrzucam za rufę pętlę z długiej i grubej cumy.  Moja dzielna załogantka twierdzi, że łódka sę nieco uspokoiła choć ja raczej nie odnoszę takiego wrażenia.

 

          Po założeniu holu “Setubal” zostawia nas i wraca do Ponta Delgada.  Niestety wkrótce  strop, zaczepiany co chwilę o sterczącą z dziobu kotwicę, pęka.  Za trzecim razem Jose odcina linkę  trzymającą na dnie komory łańcuch kotwiczny o czym dowiedziałem sie dopiero  rano.   Do portu zbliżamy się dopiero koło 1100. Z takim zygzakujacym jachtem kuter nie może oczywiście wejść do poru więc na spotkanie wychodzą nam dwa wycieczkowe riby.  Cumują mi do burt i taka tratwą  wchodzimy do mariny. Włączam silnik co pozwala mi wyhamować przed uderzeniem w pomost. W międzyczasie Mauro, jeden z właścicieli firmy czarterowej wchodzi na pokład i dyryguje wprowadzeniem, a na pomoście czekają juz przyjaciele z Urze i cumują nas.  Jesteśmy zmączeni i niedospani ale  krew sie nie polała. Mauro wychwala nas za to, że zostaliśmy na jachcie dzięki czemu nie musiał nas szukać niewiadomo gdze.  W gruncie rzeczy, nie było powodu bym porzucił jacht.


       Zdążam jescze na swój samolot.  Dokładniej – nie swój. Z jakichś powodów eSky  zaplanował mi powrót przez Porto i Lizbonę ale panienki w check-in  prowadzą dłuższą chwilę gorące rozmowy telefoniczne wskutek czego przesiadka w Porto mnie omija.  I tak jeszcze noc w Lizbonie więc na Okęciu ląduja przed południem dosyć umordowany.

 

 

Marek Popiel

 

 

 

 

Komentarze
Brak komentarzy do artykułu