ANDRZEJ PLACEK na 8-METROWYM DREWNIANYM JACHCIKU
<div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial"><img style="PADDING-BOTTOM: 10px; PADDING-LEFT: 10px; PADDING-RIGHT: 10px; FLOAT: left; PADDING-TOP: 10px" width="100" height="123" alt="" src="/att/Image/team/PLACEK_Andrzej_2016.jpg" />Prawie dwa lata temu nawiązałem korespondencję z<strong> Andrzejem Plackiem</strong>, mieszkającym na Teneryfie, pięknej hiszpańskiej koronie archipelagu Wysp Kanaryjskich. Żyć nie umierać, zwłaszcza gdy się ma pieniądze. Ale Andrzeja nosi i właśnie o tym pisze. </font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Imponuję mi ludzie ambitni, zmierzający do wyśnionych cel&oacute;w, no i mający ...dwie prawe ręce do pracy. </font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Czyli znowu trafiam na człowieka, kt&oacute;ry samotrzeć, <em>na swoim i za swoje</em> wyrusza na ocean.</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Jacek wybrał SSI, bo to najbardziej drożny przekaz do właściwych odbiorc&oacute;w. Jestem pewien, że jego korespondencje będziecie czytali z dużym zainteresowaniem.</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Więcej fotografii w następnym newsie.</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">A może ktoś w czymś wesprze Andrzeja ?</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">P&oacute;ki co - <em>stopy kilu po wodą!</em></font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Żyjcie wiecznie !</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">Don Jorge</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">.</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">-------------------------------------</font></div> <div><font color="#0000ff" size="2" face="Arial">.</font></div> <div><font face="Arial"><font size="2"><font size="3"><strong>Śladami Leonida Teligi</strong><br /></font><br />Nazywam się Andrzej Placek. Mam patent kapitana jachtowego i kapitana motorowodnego. Podr&oacute;ż dookoła świata wymarzyłem sobie w młodości. Teraz zamierzam zrealizować ten cel. &ndash; Mam jacht i chęci Jeśli Neptun pozwoli, dam radę.<br /><br /><strong>&ndash; To będzie nietypowa wyprawa.</strong> Nawet bardzo. Mam 65 lat, jacht też jest dość stary, bo z 1960 roku. A do tego drewniany. Jednocześnie zabieram ze sobą moje kotki &ndash; Pusię i Tosię. Chcę wystartować w listopadzie, obierając kierunek na Karaiby. Może zawadzę o Barbados, poszukam ślad&oacute;w Leonida Teligi i docelowo - Martynika. A co będzie dalej, zobaczymy.<br /><br /><strong>&ndash; To spore koszty.</strong> Nie ukrywam, że największą bolączką jest właśnie brak funduszy, emerytura nie starcza na pokrycie całości wydatk&oacute;w. Dlatego wszystko przy jachcie od początku robię sam. Sprzęt, kt&oacute;ry miałem już się zużył, został mi tylko GPS i papierowe mapy. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć sponsor&oacute;w, wtedy będzie zdecydowanie łatwiej. Potrzebuję przede wszystkim radiowy sprzęt ratunkowy, sprzęt do łączności satelitarnej no i oczywiście got&oacute;wka. Muszę zapłacić za stocznię, podniesienie i opuszczenie jachtu i środki do remontu. Zaopatrzyć się w żywność minimum na dwa miesiące rejsu. <br /><br /><strong>&ndash; Parę sł&oacute;w o sobie</strong>. Praktycznie całe życie spędziłem na morzu. M&oacute;wiąc konkretnie, na wodzie &ndash; ocenach, morzach, jeziorach, rzekach&hellip; W 1969 roku skończyłem Szkołę Ryboł&oacute;wstwa Morskiego w Świnoujściu, a potem pływałem praktycznie po całym świecie, zdobywając kolejne stopnie &ndash; od młodszego rybaka, przez rybaka, starszego rybaka, po bosmana. Najczęściej łowiliśmy na morzach &ndash; Beringa i P&oacute;łnocnym, w okolicach Kanady, Afryki oraz Falkland&oacute;w. 20 lat pracowałem dla szczecińskiego przedsiębiorstwa &quot;Gryf&quot;, a potem zacząłem pływać pod obcą banderą &ndash; Niemcy, Szwedzi, Norwegowie. W międzyczasie ukończyłem kurs oficerski w Wyższej Szkole Morskiej oraz w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.<br /><br /><strong>&ndash; Jest co wspominać.</strong> M&oacute;głbym napisać na ten temat książkę. Przyg&oacute;d nie brakowało, poznałem wiele ciekawych os&oacute;b i miejsc, ale praca rybaka to przede wszystkim ciężki kawałek chleba. Pływałem na r&oacute;żnych statkach, małych i dużych, rejsy trwały z reguły p&oacute;ł roku. Im więcej ryb złowiliśmy, tym więcej zarobiliśmy, więc nikt się nie oszczędzał. Zdarzało się, że nie spaliśmy po trzy doby, dosłownie słaniając się na nogach. Ryby trzeba było wyciągnąć z wody, wypatroszyć i zakonserwować w beczkach z solą. I tak na okrągło. Sztormy oraz zmiany pogody były częścią tego życia &ndash; życia, kt&oacute;re niosło ze sobą wiele niebezpieczeństw. Podczas jednego z pierwszych rejs&oacute;w byłem świadkiem, jak statek z naszego przedsiębiorstwa został staranowany przez inną jednostkę. Tonął kilka minut, na szczęście wszystkich udało się uratować, ale byli o włos od śmierci. To zdarzenie na długo zapadło mi w pamięci. Do dziś pamiętam też, jak w okolicach Kapsztadu foka wdrapała się po siatce na pokład i z furią rzuciła się na nas. Na szczęście nic się nie stało, bo schowaliśmy się w kajutach. Kiedy poszczekała i wskoczyła z powrotem do wody odetchnęliśmy z ulgą, bo to rozjuszone zwierzę jest naprawdę nieobliczalne.<br /><br /><strong>&ndash; Ale takie sytuacje nie zniechęciły mnie do podjęcia pr&oacute;by opłynięcia kuli ziemskiej.</strong> I to w pojedynkę, na drewnianym jachcie a zdecydowało o tym spotkanie kapitana Leonida Teligi. Kiedy byłem na trzecim roku studi&oacute;w, w nagrodę za dobre wyniki w nauce razem z 32 kolegami na statku &bdquo;Emilia Gierczak&rdquo; popłynęliśmy w trzymiesięczny rejs szkoleniowy do Afryki. Zatoka Biskajska, Casablanka, Dakar, potem Las Palmas, Gran Canaria&hellip; To było coś &ndash; pierwsza tak długa eskapada, marynarskie mundury, inny świat. Nie zapomnę tamtych wacht, szczeg&oacute;lnie nocnych, sterowania statkiem, codziennej porannej zaprawy. W Afryce łowiliśmy ostroboka i pałasza, ale w siatkę wpadały też niewielkie rekiny, kt&oacute;re oddawaliśmy miejscowym murzynom w zamian za drobne maskotki. Z kolei w Hiszpanii kupiliśmy pomidory, kt&oacute;re wieźliśmy do kraju, bo w Polsce były znacznie droższe. Jednak w pamięci najbardziej zapadł mi Dakar, gdzie cumowaliśmy przez tydzień. Najpierw spotkałem Polaka, kt&oacute;ry urodził się we Francji i służył w Legii Cudzoziemskiej. Zaprosił mnie do koszar tej legendarnej formacji, opowiadał o swoich polskich przodkach. A p&oacute;źniej czekała mnie jeszcze większa niespodzianka. Był 9 stycznia 1969 roku, niedługo przed godz. 22, bo do tej pory musieliśmy wr&oacute;cić na pokład z wojaży po mieście. I wtedy nagle zobaczyłem przy nabrzeżu, niedaleko naszego statku, niewielki jachcik. A na burcie napis &bdquo;Opty&rdquo;. Długo nie myśląc wprosiłem się do środka. Na stole leżały papierosy i stały butelki piwa , a w maleńkiej kabinie znajdowały się trzy osoby, wśr&oacute;d nich kapitan <strong>Leonid Teliga</strong> z długą brodą. Akurat był w trakcie swojego słynnego rejsu dookoła świata. Chwilę porozmawialiśmy, a następnego dnia odwiedził naszą załogę. On został jeszcze w Dakarze, a my popłynęliśmy dalej, ale tamto kr&oacute;tkie spotkanie odcisnęło piętno na moim dalszym życiu. To, że pływam samotnie, zawdzięczam właśnie jemu.<br /><br /><strong>&ndash; Wtedy miałem niewielkie doświadczenie jachtowe.</strong> Natomiast p&oacute;źniej, w przerwach między rejsami rybackimi, buszowałem po Mazurach. Wsp&oacute;lnie z kolegami kupiliśmy drewniany jacht &bdquo;Kliwer&rdquo; i żeglowałem na tamtejszych jeziorach uzyskując stopień sternika jachtowego. <br /><br /><strong>&ndash; W 1999 roku postanowiłem zejść na ląd i trochę odpocząć.</strong> Przez pięć lat prowadziłem tawernę &bdquo;Bulaj&rdquo; w Bełchatowie, przez kt&oacute;rą przewinęła się plejada czołowych kapel szantowych. Jednak to nie był łatwy biznes, tym bardziej, że wszystko było na mojej głowie, dlatego w 2004 roku wyjechałem za chlebem na Wyspy Brytyjskie. Kiedy znalazłem się w Londynie miałem w kieszeni 40 funt&oacute;w. Początkowo zajmowałem się stolarką i elektryką, a po sześciu miesiącach udało mi się dostać pracę na stateczkach, kt&oacute;re pływają po Tamizie. Wr&oacute;ciłem do swojego zawodu, jednak o jachtach nie zapomniałem. Dzięki znanemu w żeglarskim środowisku <strong>Jurkowi Knabe</strong> zostałem członkiem Jachtklubu Polskiego w Londynie, a przez Internet poznałem parę młodych ludzi &ndash; Patrycję i Mikołaja, kt&oacute;rzy jachtostopem dotarli na Karaiby. Wtedy wszystko odżyło &ndash; pamięć o Telidze, młodzieńcze marzenia, zew przygody.<br /><strong>- Przez rok szukałem czegoś na wz&oacute;r &bdquo;Opty&rdquo; i w Portsmouth znalazłem &bdquo;Tiggy&rdquo;.</strong> To była miłość od pierwszego wejrzenia. Piękna, drewniana, z duszą. Ma 7,97metra długości, 2,38 metra szerokości czyli jest stosunkowo niewielka, za to dość wiekowa. Powstała w 1960 roku w stoczni CAMPER &amp; NICHOLSON LTD w Anglii, jednej z najstarszych stoczni budujących drewniane jachty. Jej konstruktorem był sam Charles Nicholson. Obecnie jest zrejestrowana w Polsce pod nr: POL 14848. Zapłaciłem za nią 4 tys. funt&oacute;w i byłem wniebowzięty. Co prawda przy remoncie jachtu miałem trochę pracy, ale dałem radę, wszystko zrobiłem sam. A nie chcąc tracić czasu wziąłem urlop z pracy i ruszyłem w świat. Był rok 2008, moim celem było opłynięcie świata podążając śladami Leonida Teligi.<br /><img alt="" width="800" height="315" src="/att/Image/201601/PLACEK_jacht.jpg" /><br /><strong>&ndash; Ale wtedy się nie udało.</strong> Miałem trochę pecha, popełniłem kilka błęd&oacute;w. Wbrew sztuce żeglarskiej wypłynąłem z Anglii w listopadzie, a to nie jest najlepsza pora roku na takie eskapady. Wyruszyłem z Portsmouth, potem było Weymouth, Plymouth, Falmouth i skok na Biskaje. Tam dorwał mnie sztorm &ndash; fale jak wieżowce, a wiatr tak silny, że skala na wiatromierzu się skończyła. Na szczęście udało mi się dotrzeć do Santander w Hiszpanii i po tygodniowym oczekiwaniu na poprawę pogody obrałem kierunek na Gijon. Jednak traf chciał, że w nocy wpakowałem się na siatki rybackie. Podczas uwalniania się z nich, w czasie dużej fali, uderzyłem klatką piersiową o tzw. p&oacute;łkluzę i następnego dnia znalazłem się na pogotowiu w Gijon, gdzie okazało się, że mam poważnie uszkodzony mostek. Zalecenie lekarza &ndash; miesiąc bez wysiłku. W mieście przebywałem trzy miesiące, poznałem wspaniałych hiszpańskich żeglarzy i ich rodziny. To był, mimo kontuzji, bardzo sympatyczny czas &ndash; opiekowali się mną jak mogli i do dziś utrzymujemy ze sobą kontakty. O mojej przygodzie pisała prasa, sprawą zainteresowała się też telewizja hiszpańska, robiąc ze mną wywiad. W końcu przyszedł marzec i trzeba było ruszać dalej &ndash; przez porty hiszpańskie, portugalskie i Maderę dotarłem do Teneryfy. Kłopoty finansowe zmusiły mnie do przerwy w rejsie. Zakotwiczyłem więc na Teneryfie i mieszkam tu do dziś.<br /></font><font size="2"><strong><br />&ndash; Ciekawa okolica.</strong> Piękne widoki, ciepło, przytulnie. Zatrudniłem się tu jako kapitan na jachcie, prowadząc rejsy czarterowe po Wyspach Kanaryjskich. Ale niedawno firma została sprzedana, a to znak, że czas wznowić wyprawę dookoła świata. Teraz remontuję swoją &bdquo;Tiggy&rdquo; i w drogę. <br /><br /><strong>&ndash; Zabieram ze sobą dwie kotki</strong>. Z nimi na pewno nie będzie nudno. A poza tym, jak to na jachcie &ndash; obserwacja, drobne naprawy, rozmyślanie nad życiem. No i czytanie. Zabiorę ze sobą kilka książek, gł&oacute;wnie o tematyce morskiej &ndash; przygodowe, biograficzne, ale r&oacute;wnież specjalistyczne. Pływanie to profesja w kt&oacute;rej wiele się zmienia, dlatego trzeba trzymać rękę na pulsie i nieustannie się szkolić.<br />Do tego dochodzą filmy na laptopie. Niedawno oglądałem znakomitą produkcję &bdquo;Kapitan Phillips&rdquo;, opowiadającą o porwaniu amerykańskiego statku przez somalijskich pirat&oacute;w. Jak się okazało, podczas napadu na jednostce znajdował się m&oacute;j serdeczny kolega, jeszcze z dawnych czas&oacute;w.<br />Poza filmami i książkami zabieram ze sobą w podr&oacute;ż dobre samopoczucie i przeświadczenie, że będzie dobrze. Chcę dopłynąć szczęśliwie tam, gdzie sobie założyłem, czyli na Martynikę a potem się zobaczy&hellip;<br /></font></font><font size="2"></font></div>
Komentarze
pytanie formalne Andrzej Januszewski z dnia: 2016-05-08 18:10:00
albo jacht, albo poniewierka Andrzej Placek z dnia: 2016-05-09 05:10:00
świat jest mały Marek Popiel z dnia: 2016-05-09 06:40:00
lini, linki, linki .... Mariusz Frączek z dnia: 2016-05-09 15:20:00
wszystko przez Ciebie Don Jorge - trzymaj tak. Witalis Plewa z dnia: 2016-05-09 15:22:00