Tak daleko bym się nie posunął, że toprek przewyższa brzytwę. Toporek, to toporek (WWRJ), brzytwa to brzytwa, a mężczyzna to opoka, na której wszystko się wspiera. Także żeglarstwo. Do czego to doszło - dzisiaj na przykład nie ma odważnych właścicieli kin, aby przywrócić do repertuaru projekcji doskonałego filmu o marzeniach kobiet - "Seksmisja". Zaraz by ich okrzyknięto seksistami, a na sali pewnie by pojawiły by się ekshibicjonistki z "Femenu".
Że co ? Że niby ja też jestem seksistą ? A czy seksizm wyklucza subiektywnośc ocen i vice versa?
Autor 24-tej zimowej pogadanki Andrzej Colonel Remiszewski dość gładko przeslizguje się z kwiatków w kokpicie na golenie brody toporkiem.
A tak w kwestii formalnej - czy komuś przeszkadza moja broda ?
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
-----------------------------------
Przez tysiąclecia morze było domeną mężczyzn. W XX wieku, podobnie jak w mnóstwie innych dziedzin życia, na morze wdarły się kobiety. Najpierw w żeglarstwo, potem także do marynarki handlowej, a na koniec także do flot wojennych. Obok słusznego wyrównania praw, spowodowało to nieprzewidziane problemy dla męskiego świata.
Można strawestować znane przysłowie i powiedzieć „Kobieta łagodzi obyczaje”. Co rozsądniejsi żeglarze potrafią docenić położoną na stole w mesie czystą serwetę, porządnie podane posiłki, umyte naczynia i sklarowany kambuz. W czysto męskich załogach bywa z tym różnie, obecność dam najczęściej zaprowadza w tym względzie normalność. Tak panowie: normalność!
Czasem zresztą ta normalność staje się dużo dalej posunięta. Pamiętam wrażenie, jakie wywarła na mnie gospodyni na sąsiadującym z „Tequilą” jachcie z Pucka, która po zakończeniu manewrów portowych wystawiła do kokpitu dwie doniczki z kwiatami. Zaimponowała mi. Sam bym się tak daleko nie posunął ale zrozumiałem: jacht na czas wspólnego z małżonkiem rejsu staje się mieszkaniem rodziny.
Podobne, oprócz mycia naczyń, różnice między częścią(!) mężczyzn, a większością pań, zachodzą także w sferze językowej i w sferze dbania o siebie.
W moim pierwszym pełnomorskim rejsie I oficerem był znakomity i doświadczony żeglarz z Półwyspu Helskiego. W wachcie miał dwójkę harcerzy, Magdę i Michała, których ćwiczył niemiłosiernie. Doskonalenie umiejętności wiązania węzłów, klarowania lin, pracy cumami i odbijaczami, w czasach, gdy wszystkie manewry wykonywało się na żaglach i to niezależnie od warunków, było oczywistą koniecznością. Wszyscy to uznawaliśmy, także sami zainteresowani, których stanowiska manewrowe były najbardziej odpowiedzialne, bo na dziobie. Magda rewanżowała mu się jednak, usiłując wyegzekwować używanie mniej grubego języka: - „Jak chcesz kląć, to klnij po francusku” – mówiła. – „Nie umiem po francusku” – „To w innym języku, byle nie po polsku”. I wielkie było jej zaskoczenie, gdy Olek zaprezentował całe swe możliwości w kaszubszczyźnie. Nie już jednak poradzić nie mogła.
Po „klęsce językowej” Magda znalazła nowy temat: golenie. Przed pół wiekiem golenie dla nas było znacznie większym problemem, niż dziś. Pamiętam z dzieciństwa szerokie skórzane pasy wiszące pod lustrami w razurach (kto wie, co to?). Niektórzy panowie przychodzili na golenie, fryzjer mydlił im twarz pędzlem, potem otwierał brzytwę, ostrzył ją o ten pas i rozmawiając o wyniku Górnika Rydułtowy z Walką Makoszowy albo Hutnika z Polonią, golił starannie i z namaszczeniem. Użycie brzytwy było całą sztuką. Z racji charakteru narzędzia i skomplikowania procedury, jej zastosowanie w rejsach morskich było, delikatnie mówiąc, utrudnione. Stąd, a nie tylko z pozowania na wilków morskich, wzięły się „zejmańskie brody”. Jednak prawdziwym dżentelmenom trudności nie przeszkadzały. Pamiętam opowieści o kapitanie Władysławie Tsaky-Pallavicinim (wspomnianym w jednym z poprzednich newsów w SSI), który golił się w ówczesnych spartańskich warunkach na morzu, i to niezależnie od pogody.
Potem pojawiły się maszynki na żyletki. Dostępne w handlu żyletki „Rawa Lux” i „Ekstra Łódź” były przekleństwem, tępiły się błyskawicznie (licencyjne „Polsilvery” pojawiły się dopiero w latach 70.), konieczność użycia pędzla nadal zniechęcała do golenia.
Z broda i bez brody - Leonid Teliga w samotnym rejsie
.
Oczywiście w tamtym rejsie, „my maryniarze” nie byliśmy skłonni golić się zbyt często. U osiemnastolatków włosów na twarzach wiele nie było, lecz „Pan Pierwszy”, starszy o te dwa lata, miał już dorosły zarost. No i Magda zaczęła go gnębić, aby się ogolił.
Olek wywijał się, jak mógł, w końcu użył koronnego argumentu: - „Skończyły mi się żyletki!” – „To ogol się siekierą” – padła odpowiedź. – „A żebyś wiedziała!!!”
Olek wyjął z forpiku toporek, niezwykle istotną część obowiązkowego, przewidzianego Kartą Bezpieczeństwa, wyposażenia jachtu. Ponieważ jacht był nowy i toporek nowy, to ostrze nie było jeszcze pokryte grubą warstwą rdzy, jak to zazwyczaj bywa. Długie kwadranse Olek ostrzył je i polerował przy pomocy przeróżnych narzędzi, po czym ustawił na stole w mesie miskę podgrzanej w kambuzie wody, namydlił twarz pędzlem i rozpoczął. Ktoś trzymał przed nim malutkie lusterko, a Olek ostrożnie wodził toporkiem po policzkach. Chyba dwukrotnie jeszcze operacja była przerywana w celu podszlifowania ostrza, lecz wreszcie koniec zwieńczył dzieło: po opłukaniu i wysuszeniu ukazała się twarz Olka nieco ogolona. Owszem, nadal trwały gdzieniegdzie, nawet dość gęsto, pozostałości brody. W innych miejscach było widać mniej liczne i dość delikatne krwawe ślady. Ogolił się jednak!
Dziś jest łatwiej. Bezpieczne nożyki wieloostrzowe, pianki w aerozolu, dostęp do łazienek we wszystkich portach (po za Ustką), wszystko to pozwala golić się codziennie lub co drugi dzień. Nawet w czysto męskim gronie lub w samotnym rejsie.
A Olek nadal żegluje, czyniąc to z pasją i talentem.
17 stycznia 2015
Colonel
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.
--
Stopy wody pod kilem
Marek Popiel
foografia brody tu: http://whale.kompas.net.pl
Broda to wolność. Sam przez kilka lat brodę nosiłem. Przestałem, bo była ona po prostu kiepska, widac jestem mniej męski od Marka. W każdym razie broda niczyja mi nie przeszkadza, podobno brody przeszkadzają niektórym kobietom... z naciskiem na "podobno".
A co mi przeszkadza? Ano abnegacja, szczególnie właśnie na jachcie. Jak ktoś chce być brudny i niechlujny w samotnym rejsie, ginie pod stertą niemytych od dwóch tygodni we własnym domu... to tylko jego sprawa. W wieloosobowej, czasem nie całkiem dobrowolnie kompletowanej załodze (nie każdy pływa wyłącznie z własną rodziną albo we własnym wąskim kręgu przyjaciół) wolność do abnegacji oznacza naruszenie wolności innych.
Na forach co jakiś czas wracają dyskusje o dobrych obyczajach albo etyce lub etykiecie żeglarskiej (też symptomatyczne, że pojęcia te są mieszane!) albo o granicach wolności - na szczęście zaczynam obserwowac pojawianie się tezy, że wolność kończy się tam, gdzie zaczyna naruszać wolność innych.
Andrzej Colonel całkiem prywatnie piszący Remiszewski
PS. Opisywany przeze mnie I oficer jest akurat człowiekiem i żeglarzem z klasą i naturalnie posiadaną, niewymuszoną kulturą osobistą. Wszyscy jednak znamy przykłady odwrotnie, niektóre "promują się" całkiem blisko.
Po zamieszczeniu na SSI linku do mojego zarostu nastąpił CZTEROKROTNY podskok oglądalności
Biały Wieloryb
Drogi Jurku,
a'propos komentarza Bruno Salcewicza.
Marta Szilajtis-Obieglo jest najlepszym dowodem na to, że zapuszczanie lub nie brody nie jest najwazniejszym elementem zeglugi jachtowej.
Zyj wiecznie,
Marek
Tutaj film jak zrobić nóż z łożyska. https://www.youtube.com/watch?v=FK2cjxzHbJQ
Sugeruje jedynie:
1. Zróbcie sobie kotlinę kowalską z żeliwnego grilla a nadmuch z węża od odkurzacza oraz elektrycznej pompki do pontonu
2. Raczej kujcie od białego, a nie wiśniowego żaru
3. Hartujecie w moczu, a nie w wodzie
4. Polerujecie go do momentu, gdy widzicie w odbiciu pojedyncze włosy na brodzie
Jeżeli jesteście na musiku i musicie szybko zaimprowizować coś większego – to szlifujcie stary resor (już bez obróbki cieplnej). Złapiecie trochę czasu – to dorobicie rękojeść z moczonego przez 24 h w słonej wodzie buka.
A jeżeli macie naprawdę nóż na gardle – to wtedy ułamcie pół piłki do metalu, oszlifujcie na kamieniu, a rękojeść owińcie cienką linką.
I zawsze się da jakoś wyżyć…
Pozdrawiam.
T.L.
Don Jorge,
W minionym sezonie żeglując po Zalewie Wiślanym, spotkałem się z Michałem Ch. wspomnianym przez Andrzeja. Próbował mi przypomnieć (w trakcie miłego wieczoru przy kieliszku) jak podobno wlazłem na top masztu w gumakach, po wantach i tam ogoliłem się siekierą.
Jako że wydarzenie to miało miejsce około 50 lat temu, to można wyciągnąć z niego tylko jeden wniosek: nie wierzcie w opowieści starych, doświadczonych żeglarzy, bo łżą jak psy, ale pewniej to mają sklerozę.
Pozdrawiam i żyj wiecznie