MOJE POSTED AT HIGH SEA

Pan ów (Cenzor) mnie pamiętał, poprosił abym usiadł, uśmiechnął się życzliwie, przeczytał mój wniosek, obejrzał wzór pieczątki, zapoznał się z wspomnianymi dokumentami. Zaległa cisza, pan posmutniał i z żalem zakomunikował, że wydanie zgody przekracza nie tylko jego kompetencje, ale nawet i samego naczelnika (Głównego Cenzora) wojewódzkiego urzędu. Poradził abym pojechał do centali, do Warszawy na ulicę Mysią 2.
- Ależ dlaczego ?
- Otóż panie Jerzy to jest pieczątka po a n g i e l s k u (!). Nie da rady - oba samce.
Fakt - była po angielsku, no bo przecież musiała być po angielsku, choćby dlatego, aby na przykład duński pocztmistrz mógł się zorientować co to takiego. Nie przywołałem precedensu, bo zrozumiałem, że pieczątka "Jupitera" była nielegalna, czyli mógłbym niechcąco narazic mój jachtklub na rekwizycyjną wizytę funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej, a Komandora Klubu na mandat.
Hmm - do Warszawy jechać nie zamierzałem.
W przedsiębiorstwie, w którym przepracowałem pół zawodowego życia funkcjonowała już piekielna maszyna "xerograf". Nie będe opisywał jej konstrukcji - wystarczyc wam musi tylko słowo m a c h i n a. Urządzenie stało w pomieszczeniu doskonale zabezpieczonym kratami w oknie i stalowymi drzwiami. Drzwi były pieczętowane na noc (plastelina, sznurki, kapsel od piwa oraz stalowa pieczęć). Obsługiwała ja niesłychanie zaufana, zaprzysiężona pracownica, która każdą operację kopiowania zapisywała w opieczętowanym kajecie o ponumerowanych stronach. Każdorazowo zgodę na kopiowanie wydawał kierownik działu administracji tego ogromnego przedsiebiorstwa. Peerel niby był czujny, podejrzliwy, skrupulatny, ale nie brał pod uwagę realiów, to znaczy, że pani Krysia mnie ... lubiła. Taki to był ten peerel. Wszyscy udawali, że na serio traktują zarówno ideeologię jak i zakazy.
Otóż w tym bunkrze, absolutnie nielegalnie zostały wydrukowane moje naklejki, takie jak niedoszła pieczątka.
Po co mi była ta pieczątka ?
- po pierwsze, aby szpanować :-)
- po drugie, aby robić radochę adresatom kartek pocztowych nadchodzących nie tylko z zagranicy, ale i "posted" na otwartym morzu. Mój synek pokazywał je wszystkim koleżankom.
- po trzecie, aby nie przepłacać.
Ten trzeci powód wymaga wyjaśnienia (młodym niedowiarkom). Otóż opłaty pocztowe w krajach - sygnatariuszach konwencji pocztowej niby były zsynchronizowane. Owa synchronizacja miał sens w krajch, w których istniały oficjalne przeliczniki obiegowych środków płatniczych. My w peerelu tez mielismy przezszereg lat taki przelicznik, czyli 4 zł/dolara. Śmiech na sali - w banku dolara, marki czy korony oczywiscie kupic nie było można. Dolary były do kupienia u cinkciarzy, ale już po 100 zł/dolar. Skutek tego był taki, że znaczek pocztowy w krajach zachodnich kosztował nas tyle ile niezły obiad w polskiej restauracji.
Stąd pojawił się wśród nas zwyczaj ofrankowywania widokówek znaczkami polskimi o wartości znaczków potrzebnych do wyekspediowania z Polski kartki pocztowej np. do Londynu. Aby urzędy pocztowe zaakceptowały taki wybieg - potrzebna była owa pieczątka lub twór pieczątkopodobny, czyli naklejka "POSTED AT HIGH SEA" (lub podobnej).
Testowanie skuteczności tego wybiegu przeprowadziłem niezwłocznie w urzędzie pocztowym stolicy Bornholmu - Ronne.
W okienku pani w wieku, w którym kobiety najbardziej lubią mężczyzn.
- Dzień dobry, jestem skipperem jachtu, który wczoraj zawinął do waszego portu. Obeszliśmy miasto, kupiliśmy piękne widokówki i chciałbym je od pani wysłać do Polski.
- Świetnie, cieszę się, ale w czym problem ?
- Chciałem się upewnić, że piękny Bornholm też akceptuje tak oto ofrankowanie przesyłek ?
- czy wartość tych znaczków jest zgodna z taryfą przesyłek wysyłanych z Polski do Danii ?
- oczywiście
- no to sprawdzimy
Pani zajrzała do jakiejs broszury, paluszkiem przejechała po rubrykach tabelki i obdarzyła mnie zupełnie nie urzędniczym uśmiechem.
- niech mi Pan je da - zaraz polecą.
Poleciały do naszych domów, do naszych przyjaciół oraz oczywiście do Redakcji "ŻAGLI".
Colonel w swym newsie http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2655&page=0 wspomniał o nicponiach naklejąjących na widokówki znaczki o najmniejszym nominale. To haniebne przyklejanie gęby oszustów polskim żeglarzom. Wyobraźcie sobie - te kartko docierały do adresatów, ale nie myślcie, że urzędnicy zagranicznych poczt tego nie dostrzegali. Dostałem nawet kiedys pocztówkę z pozdrowieniami nadaną w norweskim porcie, która nie miała żadnego znaczka pocztowego - tylko pieczątkę poczty morskiej polskiego jachtu. Absolutna bezwstydność.

A później, już z "MILAGRO V" wysyłaliśmy także "pocztówki okolicznościowe"
.
Dziś, kiedy wreszcie powróciliśmy do Europy - taryfy pocztowe są porównywalne, a otrzymywane widokówki (dziękuje !) oprócz zagranicznych znaczków nierzadko są pieczętowane stempelkami jachtowymi. Ale to właśnie dla wyżej wymienionego szpanu.
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
-------------------------------------------------------------
Ilustracje do komentarza Jerzego Knabe:


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Komentarze
Kupon na Odpowiedź
Jerzy Knabe z dnia: 2015-01-18 08:40:00
Don Jorge,
Moje trzy grosze na temat jak to można i trzeba było sobie radzić z komunikacją i jej kosztami z zagranicznego rejsu lub innego wyjazdu. Mówię o czasach gdy po „wypożyczeniu” od władzy przyznanego przez nią paszportu na wyjazd zagranicę przysługiwało wykupienie w banku, po kursie oficjalnym 5 (słownie pięciu ) dolarów amerykańskich. Niezależnie czy wyjazd miał trwac dzień, tydzień czy pół roku...
Miały one wystarczyć na telefon do zapraszającego u celu podróży. Ten uprzednio zobowiązał się był solemnie i na piśmie, że będzie pokrywał wszystkie koszty i potrzeby obciążające zaproszonego w czasie pobytu u niego zagranicą... Wobec tego musiało być jasne i logiczne, że więcej dolarów delikwent wcale nie potrzebuje! Oczywiście więcej dolarów, po kursie czarnorynkowym czyli rzeczywistym, u „cinkciarzy” było do nabycia tyle na ile kieszeń pozwoliła ale były one nielegalne, pilnie poszukiwane przez celników przy wyjeździe – i konfiskowane. Sposobów ich przemycania przez te kontrole było tyle ilu dotarło do takiej, skąd inąd już znacznie uprzywilejowanej, sytuacji. W porównaniu do samolotu wyjazd pociągiem, a już szczególnie wychodzenie zagranicę na pokładzie jachtu - bardzo znacznie poszerzało wachlarz posiadanych wtedy możliwości ukrycia swojego skarbu. Każdy z ówczesnych żeglarzy może z pewnością przytoczyć wiele przykładów swojej pomysłowośći. Teraz to już anegdoty.
Otóż istniał wtedy jeszcze inny, napół legalny, sposób wywiezienia dodatkowej, drobnej ilości twardej waluty...System ten istnieje dotychczas, jest nadal mało znany i obecnie używany głównie przez radioamatorów i łowców autografów. Tak jak system „Posted at sea” i ten sposób wywodził się z Międzynardowej Unii Pocztowej (Universal Postal Union). PRL należał do niej z konieczności ale obowiazujące w niej ustalenia pozostawiały furteczkę dla prywatnego klienta... Nie rozpisuję się o szczegółach systemu - łatwo sprawdzić w internecie. Otóż już w roku 1906 Unia wprowadziła u siebie IRC – International Reply Coupon. Po polsku Międzynarodowy Kupon na Odpowiedź. Służył zagranicą do wymiany na poczcie na miejscowy znaczek pocztowy w ruchu międzynarodowym. Czyli był tam cośkolwiek wart!
Niestety już nie pamiętam czy w PRL-u były one w oficjalnej sprzedaży… Raczej nie bo nie musiały. Ktos może pamieta? Ale były do zdobycia jak wiele innych rzeczy ‘kombinując’. Musiały bowiem być przez Polska Pocztę honorowane i wymieniane na polskie znaczki gdy zgłosił się taki posiadacz. Przykładali stempel odbierającego i taki zużyty już kupon szedł do międzynarodowych rozliczeń. Mając znajomą panienkę na poczcie można było zapłacić za wydane przez nią znaczki w złotych aby kasa sie zgadzała i otrzymać wzamian taki nieostemplowany jeszcze powtórnie czyli nadal ważny kupon…A to już była wartość dewizowa zagranicą! Mała bo mała ale cierpliwość jest cnotą. Zbiór takich kuponów rozrzucony w wywożonych zagranicę papierach i dokumentach nie rzucał sie w oczy celnikowi, który zresztą nie był na to ‘uczulony’. Dla przestępców dewizowych większego kalibru to to był żaden sposób - ale dla żeglarza chcącego wysłac wiadomość z zagranicznego portu - jak znalazł.
Wiem, że dla dzisiejszych czytelników to żałosna opowieść i desperackie a nieefektywne metody. Ale „Sorry, takie mieliśmy klimaty!”
Jerzy Knabe
----------------
UWAGA: 2 ilustracje do tego komentarza zamieściłem pod tekstem newsa (D'J)
.
niby śmieszne, a skóra cierpnie
Tadeusz Biały z dnia: 2015-01-18 19:52:00
Ciekawy news, ciekawy komentarz, niby śmieszne, ale skóra cierpnie podczas czytania. Gospodarz ma rację kiedy pisze abyście się cieszyli z dnia dzisiejszego.
Pozdrawiam
Tadeusz