ZIMOWĄ PORĄ (22)

Święta prawda - co więcej niezbędne jest podkreślenie, że w tym trudnym okresie zimowej posuchy - Andrzej okazuje się być niezastąpionym filarem SSI. No bo przecież mechanizm zniechęcania się Czytelników jest oczywisty. Po trzeciej konstatacji, że nie ma nowości - Czytelnik się zniechęca i zaczyna surfować w sieci. A dokąd go to surfowanie zaniesie? Aż strach (i przyzwoitość) pomyśleć.
Dziś o lekturach wyjaśniających istotę zjawiska, o której pisał kiedyś Krzysztof Baranowski. Chodzi o "Spiralę błędów".
Do samochodów*) teraz nie wsiadajcie bez potrzeby. Mgła, ślizgawica i hordy durniów na drogach. Najlepsza pora do czytania.
Zyjcie wiecznie !
Don Jorge
------------------------------------------------------------
*) off topic - wczoraj w Gdańsku spłonął 45 samochód.
--------------------------------------------------------------
Dziś znów o czytaniu. Co prawda kilka tygodni temu zarekomendowałem aż dwanaście tomów lektury sprzed lat i mogłoby wydawać się to dość na całą zimę, ale pozwolę sobie namawiać do twórczości jeszcze jednego autora. To Edouard Peisson, francuski marynista, który tworzył w pierwszej połowie XX wieku, znany m. in. z „Podróży Edgara”, „Orła morskiego” i „Szlaków Ablaadów”. Dziś wspominam dla Was dylogię: „Kapitanowie linii nowojorskiej” i „Sól morza”. Można właściwie mówić o trylogii, bo o wydarzeniach chronologicznie wcześniejszych opowiada jeszcze „Mroczny kurs”, lecz związek między tą powieścią (mimo, iż pojawiają się w niej niektóre z tych samych postaci), a dylogią jest dość luźny.
„Kapitanowie linii nowojorskiej” to opowiedziana od końca historia zatonięcia pasażerskiego parowca „Canope”, którego armator nabył ze względu, iż „miał trzy kominy i dobrze się prezentował”. Statek, idąc bezskutecznie na pomoc innemu frachtowcowi, tonie w sztormie właściwie nieuszkodzony.
„Sól morza” to śledztwo w sprawie katastrofy, która przyniosła setki ofiar. Dokładnie, to rozmowa przewodniczącego komisji, sędziwego, emerytowanego kapitana, z kapitanem „Canope”. Nie będę zdradzał szczegółów, odrobina napięcia należy się Czytelnikom.

Eduard Peisson „Kapitanowie linii nowojorskiej”, „Sól morza”, przełożył Tadeusz Borysiewicz, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1971.
„Kapitanowie linii nowojorskiej” to opowiedziana od końca historia zatonięcia pasażerskiego parowca „Canope”, którego armator nabył ze względu, iż „miał trzy kominy i dobrze się prezentował”. Statek, idąc bezskutecznie na pomoc innemu frachtowcowi, tonie w sztormie właściwie nieuszkodzony.
„Sól morza” to śledztwo w sprawie katastrofy, która przyniosła setki ofiar. Dokładnie, to rozmowa przewodniczącego komisji, sędziwego, emerytowanego kapitana, z kapitanem „Canope”. Nie będę zdradzał szczegółów, odrobina napięcia należy się Czytelnikom.

Eduard Peisson „Kapitanowie linii nowojorskiej”, „Sól morza”, przełożył Tadeusz Borysiewicz, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1971.
.
Tym razem lektura nie ma nic wspólnego z żaglami i żeglarstwem wprost. Raz tylko, wychowany na żaglowcach oficer melduje kapitanowi: „Parowiec prawym halsem, trzydzieści stopni z lewej”, czy jakoś podobnie. Jest jednak morze. Morze wszechmocne, nie pytające o zdanie człowieka, obojętne jak ważną figurą by nie był. Są ludzie morza, kapitanowie prowadzący swe statki na linii nowojorskiej przez całe zawodowe życie.
Ja znalazłem tam dla siebie coś innego, co mnie zafascynowało przy pierwszym czytaniu czterdzieści kilka lat temu. To analiza przyczyny katastrofy. Nie przyczyny! Łańcucha przyczyn! Tak się złożyło, że później, wiele razy analizując różne mniej lub bardziej tragiczne wydarzenia, przekonywałem się, iż doprowadzały do nich sekwencje kolejnych zdarzeń. Żadne z nich samo przez się do katastrofy nie prowadziło. Gdyby którekolwiek, choćby jedno jedyne, nie miało miejsca, katastrofa by nie nastąpiła. Ale pełny ciąg wydarzeń prowadził nieuchronnie do tragedii.
Oczywiście nie ma tu żadnego determinizmu. Opisanie takiego ciągu przyczynowo-skutkowego nie może zmierzać zazwyczaj do stwierdzenia braku jakichkolwiek winnych. Zawsze lub niemal zawsze poszczególne ogniwa powstają za przyczyną lub z winy ludzi. Z powodu ich działań lub zaniechań. Czasem z powodu psychologicznie uwarunkowanych fobii lub nieumyślnie popełnionych błędów.

„Cap Trafalgar” - Podobnie mógł wyglądać „Canope”
Tym razem lektura nie ma nic wspólnego z żaglami i żeglarstwem wprost. Raz tylko, wychowany na żaglowcach oficer melduje kapitanowi: „Parowiec prawym halsem, trzydzieści stopni z lewej”, czy jakoś podobnie. Jest jednak morze. Morze wszechmocne, nie pytające o zdanie człowieka, obojętne jak ważną figurą by nie był. Są ludzie morza, kapitanowie prowadzący swe statki na linii nowojorskiej przez całe zawodowe życie.
Ja znalazłem tam dla siebie coś innego, co mnie zafascynowało przy pierwszym czytaniu czterdzieści kilka lat temu. To analiza przyczyny katastrofy. Nie przyczyny! Łańcucha przyczyn! Tak się złożyło, że później, wiele razy analizując różne mniej lub bardziej tragiczne wydarzenia, przekonywałem się, iż doprowadzały do nich sekwencje kolejnych zdarzeń. Żadne z nich samo przez się do katastrofy nie prowadziło. Gdyby którekolwiek, choćby jedno jedyne, nie miało miejsca, katastrofa by nie nastąpiła. Ale pełny ciąg wydarzeń prowadził nieuchronnie do tragedii.
Oczywiście nie ma tu żadnego determinizmu. Opisanie takiego ciągu przyczynowo-skutkowego nie może zmierzać zazwyczaj do stwierdzenia braku jakichkolwiek winnych. Zawsze lub niemal zawsze poszczególne ogniwa powstają za przyczyną lub z winy ludzi. Z powodu ich działań lub zaniechań. Czasem z powodu psychologicznie uwarunkowanych fobii lub nieumyślnie popełnionych błędów.

„Cap Trafalgar” - Podobnie mógł wyglądać „Canope”
.
Zadaniem takiej komisji, jak opisana w „Soli morza”, jest poznać komplet przyczyn zdarzenia, wszystkich uwarunkowań. Tylko to umożliwia dokonanie postępu technicznego, edukacyjnego lub organizacyjnego, który może zapobiec powtórzeniu się katastrofy. Powinno to być wykonane w sposób maksymalnie niezawisły i obiektywny. W powieści chyba tak właśnie jest. I chyba do nieszczęsnego kapitana „Canope” dociera na koniec, że opinia komisji jest głęboko uzasadniona.
Doświadczenie życiowe wielu z nas mówi, że bywa czasem inaczej. Przykłady całkiem niedawne pokazują, że dojście do prawdy bywa niełatwe, a wnioski kontrowersyjne. A już zupełnie obezwładniające mogą być zalecenia nakazujące dla uniknięcia wypadków wyposażanie statków (jachtów) w dodatkowe dokumenty. Ciekawe, czy w opisywanych przez Peissona czasach, a sto lat minęło, było tak samo?!
Dobrych wiatrów w Nowym Roku!
25 grudnia 2014
Colonel
Zadaniem takiej komisji, jak opisana w „Soli morza”, jest poznać komplet przyczyn zdarzenia, wszystkich uwarunkowań. Tylko to umożliwia dokonanie postępu technicznego, edukacyjnego lub organizacyjnego, który może zapobiec powtórzeniu się katastrofy. Powinno to być wykonane w sposób maksymalnie niezawisły i obiektywny. W powieści chyba tak właśnie jest. I chyba do nieszczęsnego kapitana „Canope” dociera na koniec, że opinia komisji jest głęboko uzasadniona.
Doświadczenie życiowe wielu z nas mówi, że bywa czasem inaczej. Przykłady całkiem niedawne pokazują, że dojście do prawdy bywa niełatwe, a wnioski kontrowersyjne. A już zupełnie obezwładniające mogą być zalecenia nakazujące dla uniknięcia wypadków wyposażanie statków (jachtów) w dodatkowe dokumenty. Ciekawe, czy w opisywanych przez Peissona czasach, a sto lat minęło, było tak samo?!
Dobrych wiatrów w Nowym Roku!
25 grudnia 2014
Colonel
------------------------
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.
Pod choinką leżała książka, nie była podpisana, ale Gwiazdorek nie miał wątpliwości dla kogo jest przeznaczona. „ Dziadku , to pewnie dla ciebie”. Była to: „Wyprawa Szaleńców” Petera Nichols'a.
Zabrała mi kawałek Świąt, bo jak zaczełem w Wigilię „na zasypianie”, to skończyłem w Boże Narodzenie wieczorem. Książka opisuje regaty o „Golden Globe” z 1968 r, opatrzona wstępami przez Gutka i Romana Paszke, polecana przez kolejnych opiniotwórców, wśród nich Milka Jung i, redakcja Sailbooka , podpisuję się pod polecaniem obiema rękami.
Ale nie lobbing za książką rzucił mnie do klawiatury. Chcę się podzielić paru refleksjami wywołanymi tą lekturą, refleksjami w kilku płaszczyznach.
Pierwsza jest taka, że jestem już tak stary, jak ta wygrzebana ze starych annałów historia.
Miesiecznik MORZE (3 zł) zaczełem regularnie kupowac na przełomie 65/66 roku, ŻAGLE (5zł), na spółkę z przyjacielem kupowaliśmy od 68 roku. We wrzesniu 68 roku miałem swoje pierwsze żeglarskie doświadczenia na wodzie. Pamiętam jak w wymienionych miesięcznikach, oczywiscie z kilkumiesięcznym opóżnieniem czytałem o tych wydarzeniach. Jak dziś pamietam notkę ,czy artykuł ilustrowany zdjęciem Moitessiera w pozycji lotosu na pokładzie Joshua, informujący o niezrozumiałej decyzji zaniechania wyscigu na rzecz dalszej żeglugi. Dopiero w początkach lat 70-tych gdy Wydawnictwo Morskie udostępniło książki Robina Knox Jonstona, Bernarda Moitessiera i Chay'a Blytha, poznalismy te wydarzenia bliżej.
Druga dotyczy technologii jachtowej, a szczególnie konstrukcji. Jak niepomiernie rozwineła się wiedza o niej i spopularyzowała. Budowa jachtu przestała być wiedzą tajemną znaną tylko fachowcom w stoczniach jachtowych. Wynikiem naszego pędu z lat 70-tych i 80-tych do posiadania jachtu przez samodzielne jego budowanie, była szeroka znajomość technologii i rozwiązań konstrukcyjnych. Czytając rozdział o perypetiach z jachtem Nigela Tetley'a, wprost trudno było mi uwierzyć, że stocznia wypuściła jacht z podwięzią mocowaną jedynie do pokładu. Taki błąd zrobiłem w swoim pierwszym jachcie zwodowanym w 78 roku, ale byłem wtedy jeszcze szczawiem budującym jacht w ogródku, przy następnych mocowanie podwięzi do konstrukcji przenoszących obciążenia na burty, to była ewangelia.
Trzecia, to komunikacja. Trudno sobie teraz wyobrazić brak wiesci o żeglarzu przez parę miesięcy.
A przecież to było normą. Przypomnę, że o Telidze w czasie jego długiego na ok 170 dni przeskoku z Oceanu Indyjskiego do Dakaru, też nic nie wiedzielismy.
Ogólnie książkę czyta się dobrze, nie odczuwa się , jak to często bywa, wymęczonego tłumaczeniem języka. Tłumaczący nie unikneli wprawdzie kilku wpadek, z których najbardziej spektakularną jest jednoręki żeglarz.
Świątecznie polecam.
Zbyszek Rembiewski