ZIMOWĄ PORĄ (21)

A dziś o jakich emocjach może opowiadać nawigator?
POGODNYCH, ZDROWYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA !
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
----------------------------------------------.
Był wrzesień jakieś czterdzieści lat temu. Pierwszą i drugą wizytę u pewnej dziewczyny, która potem została (i nadal jest) moją żoną, przedzielił zwykły bałtycki rejs, który jednak wyjątkowo miło wspominam. Trafiłem na niego „z łapanki”. To były takie czasy, że nawet nieduży jacht po Bałtyku musiał prowadzić co najmniej jachtowy kapitan żeglugi bałtyckiej, a w załodze musieli być oficerowie legitymujący się stopniami „sterników jachtowych z pełnymi uprawnieniami”, zaś I oficer musiał być jachtowym sternikiem morskim. „Morskich” było zawsze za mało*), więc w sytuacji, kiedy nie było szansy uzyskania podpisu władzy żeglarskiej (tak! było takie coś!) na liście załogi, sternik morski mógł dyktować warunki. Oznaczało to pływanie za darmo, czyli na koszt organizatora lub pozostałych członków załogi. Korzystałem z tego, opłacając zazwyczaj wyłącznie udział własny w kosztach wyżywienia.
Tak było i tym razem. Jachtem był „Opal” z pierwszej generacji. Drewniany jol, o smukłej rufie z niewielką pawężą, niskiej wolnej burcie, za to wysokiej i długiej nadbudówce, przy której wygodnie i bezpiecznie chodziło się po pokładzie. Silnik oczywiście nie działał, brakowało prądu, ale ogólnie jacht był w niezłym stanie. Co było najważniejsze - niemal szczelny.

"Jupiter" - prawie bliźniak tamtego „Opala”
Tak było i tym razem. Jachtem był „Opal” z pierwszej generacji. Drewniany jol, o smukłej rufie z niewielką pawężą, niskiej wolnej burcie, za to wysokiej i długiej nadbudówce, przy której wygodnie i bezpiecznie chodziło się po pokładzie. Silnik oczywiście nie działał, brakowało prądu, ale ogólnie jacht był w niezłym stanie. Co było najważniejsze - niemal szczelny.

"Jupiter" - prawie bliźniak tamtego „Opala”
.
Rejs zaczął się nieprzyjemną, krótką i stromą falą. Kuk zaczął od występu: wysmażył znakomite schabowe, lecz nie zdobył uznania. Do obiadu siadło ze cztery osoby, lecz kończyliśmy go we dwójkę – konsumując po trzy kotlety. Kilkanaście godzin później, sponiewierany przez morze, wysiadł II oficer.
Zostało nas na jachcie szóstka, co spowodowało niekonwencjonalny układ wacht: trzech załogantów w klasycznym systemie czterogodzinnym i dwóch oficerów w stałych sześciogodzinnych wachtach. Po wyjściu z Władysławowa okazało się, że kapitan zaszył się w swej koi z książkami i lekami, pozostawiając mi troskę o cały jacht. A mi w to graj!
Wiedziałem, że to on ponosi odpowiedzialność, że monitoruje sytuację, że jest w odwodzie, a równocześnie mogłem decydować o trasie, doborze żagli, rytmie pracy na jachcie, jak prowadzący.
Wrzesień był sztormowy, przy czym ciepły i słoneczny. Szybko odkryłem, że nie budząc wachtowych (ciągle zmęczonych i niewyspanych), mogę mieć dwie, cztery, a nawet sześć godzin „samotnej żeglugi”. Oczywiście zmusiło mnie to eksperymentów, po niedługim czasie okazało się, że jacht można ustawić samosterownie i wystarczy zwykłe przywiązanie rumpla krawatem, by szedł, mimo wysokiej fali, stałym kursem całymi godzinami. Dało to niespodziewany efekt: Gdy sterowali członkowie załogi, jacht ginął w bryzgach, które wciskały się w każdy zakamarek sztormiaków i wlewały do wnętrza przy każdym uchyleniu suwklapy. Przejęcie steru przeze mnie oznaczało spore chwile wytchnienia, jednak raz na kilkanaście minut następował na pokładzie istny potop. Gdy jacht szedł samodzielnie, pokład zaczynał wysychać! Tak to się okazało po raz kolejny, że porządnemu jachtowi wystarczy nie przeszkadzać.
Po kilku dniach pływania zygzakiem po Bałtyku pozycja (określana według zliczenia) była dalece wątpliwa. Jacht chodząc samosterownie szedł za wiatrem, a nie ustalonym kursem, zaś gdy ster znajdował się w rękach załogantów, jakość sterowania na wysokiej fali pozostawiała dużo do życzenia. Pomiar prędkości oraz określanie dryfu były delikatnie mówiąc mało precyzyjne. Tego dnia po południu płynęliśmy pełnym wiatrem na południe, ku wybrzeżom Sambii.
Dziś jest to wybrzeże Rosji, kraju do niedawna uważanego za „dążący do Zachodu”. Wtedy był to Związek Radziecki ze wszystkimi tego konsekwencjami. Na północno-zachodnim cyplu Sambii, zwanym Mys Taran, jest latarnia morska Taran. Wyliczyłem sobie, że zaczniemy się do niej zbliżać o zmroku i wtedy - „jak się ściemni, to się wyjaśni” – będzie okazja do zrobienia kolejnych namiarów i określenia pozycji. Zasięg latarni był, o ile pamiętam, ponad dwudziestomilowy. Wysokość światła nad wodą sięgała chyba 65 metrów. „Dobra nasza, będzie można jechać wzdłuż granicy wód terytorialnych, przy doskonałej widoczności namiary będą bułką z masłem. Załoganci sobie poćwiczą” – cieszyłem się. Niedługo. Późnym popołudniem gdzieś z lewej pojawił się kuter rakietowy typu „Osa”.
Rutynowy salut banderą ale okręt podchodzi bliżej i zwalnia.
Rejs zaczął się nieprzyjemną, krótką i stromą falą. Kuk zaczął od występu: wysmażył znakomite schabowe, lecz nie zdobył uznania. Do obiadu siadło ze cztery osoby, lecz kończyliśmy go we dwójkę – konsumując po trzy kotlety. Kilkanaście godzin później, sponiewierany przez morze, wysiadł II oficer.
Zostało nas na jachcie szóstka, co spowodowało niekonwencjonalny układ wacht: trzech załogantów w klasycznym systemie czterogodzinnym i dwóch oficerów w stałych sześciogodzinnych wachtach. Po wyjściu z Władysławowa okazało się, że kapitan zaszył się w swej koi z książkami i lekami, pozostawiając mi troskę o cały jacht. A mi w to graj!
Wiedziałem, że to on ponosi odpowiedzialność, że monitoruje sytuację, że jest w odwodzie, a równocześnie mogłem decydować o trasie, doborze żagli, rytmie pracy na jachcie, jak prowadzący.
Wrzesień był sztormowy, przy czym ciepły i słoneczny. Szybko odkryłem, że nie budząc wachtowych (ciągle zmęczonych i niewyspanych), mogę mieć dwie, cztery, a nawet sześć godzin „samotnej żeglugi”. Oczywiście zmusiło mnie to eksperymentów, po niedługim czasie okazało się, że jacht można ustawić samosterownie i wystarczy zwykłe przywiązanie rumpla krawatem, by szedł, mimo wysokiej fali, stałym kursem całymi godzinami. Dało to niespodziewany efekt: Gdy sterowali członkowie załogi, jacht ginął w bryzgach, które wciskały się w każdy zakamarek sztormiaków i wlewały do wnętrza przy każdym uchyleniu suwklapy. Przejęcie steru przeze mnie oznaczało spore chwile wytchnienia, jednak raz na kilkanaście minut następował na pokładzie istny potop. Gdy jacht szedł samodzielnie, pokład zaczynał wysychać! Tak to się okazało po raz kolejny, że porządnemu jachtowi wystarczy nie przeszkadzać.
Po kilku dniach pływania zygzakiem po Bałtyku pozycja (określana według zliczenia) była dalece wątpliwa. Jacht chodząc samosterownie szedł za wiatrem, a nie ustalonym kursem, zaś gdy ster znajdował się w rękach załogantów, jakość sterowania na wysokiej fali pozostawiała dużo do życzenia. Pomiar prędkości oraz określanie dryfu były delikatnie mówiąc mało precyzyjne. Tego dnia po południu płynęliśmy pełnym wiatrem na południe, ku wybrzeżom Sambii.
Dziś jest to wybrzeże Rosji, kraju do niedawna uważanego za „dążący do Zachodu”. Wtedy był to Związek Radziecki ze wszystkimi tego konsekwencjami. Na północno-zachodnim cyplu Sambii, zwanym Mys Taran, jest latarnia morska Taran. Wyliczyłem sobie, że zaczniemy się do niej zbliżać o zmroku i wtedy - „jak się ściemni, to się wyjaśni” – będzie okazja do zrobienia kolejnych namiarów i określenia pozycji. Zasięg latarni był, o ile pamiętam, ponad dwudziestomilowy. Wysokość światła nad wodą sięgała chyba 65 metrów. „Dobra nasza, będzie można jechać wzdłuż granicy wód terytorialnych, przy doskonałej widoczności namiary będą bułką z masłem. Załoganci sobie poćwiczą” – cieszyłem się. Niedługo. Późnym popołudniem gdzieś z lewej pojawił się kuter rakietowy typu „Osa”.
Rutynowy salut banderą ale okręt podchodzi bliżej i zwalnia.
– „Uchaditie!” – krzyczą. (takich cudów jak UKF-ki wtedy nie bywało na jachtach).
- „Paczemu?” – przecież jesteśmy jeszcze po za wodami terytorialnymi, a i na tych wodach mamy prawo przepływać. Marynarz na mostku pokazuje „kałacha” – „Strielat budiem!”
To kończy próby dyskusji o prawie morskim. Kręcimy w prawo i bajdewindem odchodzimy na zachód, w kierunku Rozewia. Plany określenia pozycji szlag trafił.
Nie! Jednak nie. W kilkanaście minut po rozstaniu z „sojusznikiem”, wciąż obserwując go za rufą, gdzie pozostał, nagle widzę światło. Liczę sekundy. Tak, zapaliła się latarnia Taran. I wtedy przychodzi pomysł – szybka kontrola w „Spisie Świateł” zasięgu oraz wysokości światła - zaraz, na jakiej wysokości ja się znajduję? – po chwili już wiem w jakiej odległości powinniśmy być w chwili, gdy przestanie ono być widoczne. Problem w tym, że trzeba wykonać także namiar kompasowy, a kompas jest zbyt nisko umieszczony, by dało się to uczynić prosto za rufę. Usadzam się więc na dziobie i obserwuję lampę poprzez maszty. Jakiś czas potem światło ginie. Sternik odczytuje, na jakim kursie leży jacht. Kreślę na mapie okrąg i prostą, mamy pozycję z namiaru całym kadłubem i odległości. Następnego wieczora obserwujemy paradę latarni w Helu, Górze Szwedów i Jastarni, by nad ranem wejść do Władysławowa.
I tak to się znów okazało, że niekonwencjonalne sposoby określania pozycji mogą być skuteczne.
20 grudnia 2014
Colonel
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.
To kończy próby dyskusji o prawie morskim. Kręcimy w prawo i bajdewindem odchodzimy na zachód, w kierunku Rozewia. Plany określenia pozycji szlag trafił.
Nie! Jednak nie. W kilkanaście minut po rozstaniu z „sojusznikiem”, wciąż obserwując go za rufą, gdzie pozostał, nagle widzę światło. Liczę sekundy. Tak, zapaliła się latarnia Taran. I wtedy przychodzi pomysł – szybka kontrola w „Spisie Świateł” zasięgu oraz wysokości światła - zaraz, na jakiej wysokości ja się znajduję? – po chwili już wiem w jakiej odległości powinniśmy być w chwili, gdy przestanie ono być widoczne. Problem w tym, że trzeba wykonać także namiar kompasowy, a kompas jest zbyt nisko umieszczony, by dało się to uczynić prosto za rufę. Usadzam się więc na dziobie i obserwuję lampę poprzez maszty. Jakiś czas potem światło ginie. Sternik odczytuje, na jakim kursie leży jacht. Kreślę na mapie okrąg i prostą, mamy pozycję z namiaru całym kadłubem i odległości. Następnego wieczora obserwujemy paradę latarni w Helu, Górze Szwedów i Jastarni, by nad ranem wejść do Władysławowa.
I tak to się znów okazało, że niekonwencjonalne sposoby określania pozycji mogą być skuteczne.
20 grudnia 2014
Colonel
Tekst zawiera osobiste, prywatne i subiektywne obserwacje autora.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
*) Dlaczego wtedy jachtowych sterników morskich brakowało? A dlatego, że był to tylko obowiązkowy stopień "przechodni" do uprawnień kapitańskich. Sam w sobie do niczego nie uprawniał poza pełnieniem funkcji I Oficera w rejsie morskim. Kto nie mierzył w kapitaństwo - o patent "morsa" się nie ubiegał. Bo niby po co? Zupełnie bez sensu. A sam egzamin na "morsa" był naprawdę trudny.
D'J.
Niekonwencjonalne metody określania pozycji w nawigacji terestrycznej, były (i są nadal!) sposobem samokształcenia oraz nabywaniawiedzy i ciągłej weryfikacji doświadczenia w nawigowaniu. „Łapanie” namiaru na jachcie, za pomocą obrania kursu (lub kontrkursu) na odległy i namierzany obiekt, znacznie podnosi dokładność pomiaru w żegludze na fali. No i kwestia, niby „podchwytliwego” wybrania z tabeli stosownej wartości dewiacji*), w tej sytuacji! :-)
Nawigatorzy, czyli ci dla których nawigowanie jest też frajdą, w dobie nawigacji satelitarnej, zwyczajowo, z natury weryfikują jej dokładność metodami obserwacyjnymi z nawigacji terestrycznej. M.innymi dlatego (też w żegludze solo) NIGDY nie jest nudno! W tym wpisie brakuje mi tylko informacji, o wielkości różnicy w pozycji zliczeniowej, a obserwowanej – powstałej w opisywanym przypadku. :-)
W opisywanych czasach, klasyka znaczenia sformułowania „jak się ściemni, to się rozjaśni (wyjaśni)”, miała swoje drugie dno, głównie na Zatoce Gdańskiej i Puckiej. Nawigacyjnie bardzo sensowne stwierdzenie. Nautycznie przeciwnie - rybackie sieci, tyczki oraz chmara „nieoświetlonych” jachtów (oszczędzających akumulatory), uprawiających żeglugę zatokową (wewnętrzną). Po zmierzchu pozycje obserwowane były dokładne i możliwe do łatwego pozyskania, natomiast cały zmysł obserwacyjny załogi koncentrował się w celu wypatrzenia tyczek i nieoświetlonych jachtów żeglujących kursem kolizyjnym. :-)
Jerzy zadajesz pytanie: „A dziś o jakich emocjach może opowiadać nawigator?”. Odpowiadam, o emocjach w trakcie weryfikacji map elektronicznych i dokładności wskazań posiadanych GPS-ów, w żegludze poza zasadniczymi torami wodnymi, w BARDZO wąskich przejściach z reguły wykorzystywanych tylko przez tubylców. W żegludze, w której, w odczuwaniu odległości kable to „mile”, a kilkanaście metrów to „kabel”. W pływaniu, gdzie wymagane jest ~10-cio krotne (o rząd wielkości) zmniejszenie obszaru niebezpiecznej wody, niebezpiecznej odległości i niebezpiecznej głębokości. Piszę o „dziuro-łażeniu” lub o „żegludze bosakowej”. Dodatkowo na wodach pływowych. I oczywiście kilerkiem. Emocje są. Satysfakcja też jest. Bez GPS-a taka żegluga była skrajnie ryzykowna lub wręcz nie możliwa.
*) dewiacja - jest to silne odchylenie od pewnych ustalonych wartości, norm w postępowaniu, zachowaniu itp.
Ale o tym, wszyscy nawigujący w czasach GPS-ów wiedzą. :-)
ws
fri.info.pl
frychop.blox.pl
ja wiem, ze marudze i ze wszyscy wiedza, co to i gdzie lezy Sambia. Toz wszem i wobec wiadomo, ze to w Prusiech (Sammland in Ostpreussen).
Czy znasz moze jakas mape Baltyku na ktorej podane sa wszystkie nazwy geograficzne w wersji oryginalnej aktualnej, historycznej, zwyczajowej,
oryginalnej historycznej itp? Tak, zeby wszystko bylo na jednej kartce papieru? Zeby wszyscy mlodzi od razu wiedzieli, gdzie lezy Baltijsk,
gdzie Pillau, gdzie Piluva, a gdzie ... Krolewiec.
Pozdrowienia i Wesolych Swiat,
Marek
Odpowiedź na pytanie o różnicę pozycji zliczonej i obserwowanej jest lekko ukryta w tekście ale jest: latarnia Taran pojawiła się, gdzie trzeba i kiedy trzeba, więc wielkiego błędu nie było. Oczywiście pojęcie "wielki błąd" jest także rzeczą względną. Błąd jednomilowy na oceanie jest niedostrzegalny, przy skalistym brzegu decyduje o przeżyciu jachtu.
A czy nawigacja dzisiejsza daje emocje? Nie zapomnę szoku, jaki przeżyłem używając pierwszy raz w życiu charplottera. Jacht w kiepskiej widoczności płynął przez Farosund, widzialem pławę, czytalem głębokość z echosondy, ale na mapie JACHT PŁYNĄŁ PO LĄDZIE!
Andrzej Colonel Remiszewski
Miałem okazję długo używać w żegludze równocześnie 3 GPS-y. Dwa ręczniaki znanej firmy, starszy model (bez map) i jego nowszą wersję z kolorowym wyświetlaczem (z wgranymi mapami morskimi) oraz charplotter, też znanej (ale mniej renomowanej) firmy, z mapami innego wydawcy od tych w ręczniaku. Był na pokładzie jeszcze jeden GPS – wbudowany w AIS. Porównywałem GPSy i mapy elektroniczne różnych wydawców.
Zasadniczych różnic między mapami nie było. W obu systemach zdarzały się białe plamy – akweny bez sondowań, lub nawet bez konturów linii brzegowej. Ale o dziwo, te obszary się nie pokrywały w tych systemach map. Natomiast szczegółowość i precyzyjność rozmieszczenia raf, kamieni, osuchów, no i oczywiście tyczek poza głównymi torami, wielokrotnie mnie zdumiewała. W obu systemach map.
Najbardziej niezawodnym, też najdokładniejszym z używanych GPS-ów był stary ręczniak (z początku XX w.). On tylko w jednej sytuacji momentami tracił pozycję, ale jej nie przekłamywał! Zdarzyło się to we fiordzie, gdy prawie przez godzinę za naszą rufą wlókł się norweski dozorowiec granic. O dziwo, nie mógł nas dogonić i wyprzedzić, mimo naszej „oszałamiającej” prędkości, poniżej 3 węzły. Wtedy pozostałe dwa GPS, mimo ich resetowania, pokazywały głupoty. Czy to był zbieg okoliczności? Nie wiem.
W zwykłym żeglowaniu, charplotter od czasu do czasu (co kilkanaście dni) durniał – tracił zasięg, czasowo (przez kilka minut) pokazywał abstrakcyjną pozycję. Mimo, że jego antena zawsze była wyżej od każdego z ręcznych GPS-ów. Nowszy ręczniak czasami „zamulał się” – w mojej ocenie zdarzało się to w momentach przechodzenia między mapami – chyba mała pamięć. Ale on odbierał sygnały wisząc w kabinie podpięty do laptopa. Jego starszy brat, po opuszczeniu kokpitu od razu tracił sygnał – dlatego stale wisiał w uchwycie na zewnątrz. Oba ręczniaki stale były zasilane przez 12V.
Dodatkowe uwagi:
- ja ufam precyzji wskazań GPS-ów po ~0,5 h od momentu ich uruchomienia w przypadku płynącego jachtu. Przy bezruchu, po 10-15’.
- wyższe szerokości geograficzne, żegluga w wąskich fiordach, powodują czasami perturbacje we wskazaniach GPS. Zwłaszcza w tych …nowszych i relatywnie tańszych.
- w mojej ocenie pływanie z jednym GPS-em, jest tym samym, co pływanie jachtem stalowym z jednym kompasem magnetycznym. Nawet wtedy, gdy przed każdym wyjściem w morze, tabelę dewiacji i skompensowanie wskazań kompasu wykona profesjonalny dewiator. Nie przypadkiem, osoby wiele pływające na jachtach czarterowanych, w kieszeniach sztormiaka noszą prywatnego ręczniaka.
ws
w sprawie ograniczonego zaufania do nowoczesnosci moglismy ostatnio ogladac niemal na zywo, co sie dzieje, gdy nawigator jest pewny swojej
pozycji. Mysle oczywiscie o Volvo Ocean Race i o Wouter the Router. Bardzo ciekawy artykulik w tym temacie ukazal sie na stronach Yachting
World znanej Elaine Bunting:
http://www.yachtingworld.com/blogs/elaine-bunting/volvo-ocean-race-yacht-bristling-technology-hit-well-known-reef/#GyM9XwC0wbO04eVr.01
W sumie nie ma tam niczego nowego, a najcenniejsze jest potwierdzenie starej prawdy, że najwiekszym wrogiem nawigatora jest ... pewnosc.
Zyj wiecznie i Wesolych Swiat dla Ciebie, rodziny i wszystkich czytelnikow SSI,
Marek