BRUDNE GARY W ŻEGLARSTWIE (2)

Hmm - nigdy nie obiadowałem w McDonaldzie. Czy rzeczywiście to taki elegancki lokal? Neony ma niczego. Rozrzut "wykwintności" obiadowania w moim życiu jest ogromny - od gotowania obierzyn ziemniaków w blaszance ustawionej miedzy dwoma cegłami (warszawski Zieleniak, sierpień 1944) do homarów w Hotelu Ritz w Rzymie (maj 1970). A McDonalda dotąd nie przyszło mi sprawdzać :-(
Przypominam sobie jak za peerelu na liniowy rejs Górki - Holtenau (wolnocłowa strefa NOK) - Górki zamustrował prawdziwy, rzeczywisty hrabia o nazwisku na literę "T". Udało mu się to tylko dzięki temu, że podjął się funkcji kuka (czyli poza kolejką). Podjął się, bo ponoć miał bardzo ważne interesy do załatwienia w Kilonii, a przecież w tamtych czasach wydostanie się na Zachód uchodziło za wyczyn. Otóż nasz hrabia przeszedł wszystkich kucharzy najelegantszych restauracji Europy. Niesłychanie bogate menu (5-dań + deser), dekoracje potraw i stołu, śnieżno biały i wyprasowany ubiór kuka-stewarda - zrobiły na nas niesamowite wrażenie. I jeszcze to przyjęcie na cześć komandorii kilońskiego jachtklubu !
A co najciekawsze - on wrócił z nami do Polski. Nie wybrał wolności. Chyba jego interesy w Niemczech były naprawdę ważne.
To tak na marginesie "wykwintności"
Żyjcie wiecznie !
Don Jorge
---------------------------------------
Pisząc o brudnych garach w jachtingu* wiedziałem , że nie wyczerpię tematu do dna. Że też mi się oberwie od purystów, higienistów i wielu zniesmaczonych. Ale nie od ekologów!
Zdumiewający jest dla mnie fakt, że w korespondencji prywatnej, przetłaczająco przeważały głosy popierająco-gratulujące od … szczurów lądowych. To jest ZDUMIEWAJĄCE w czasach popularnych, domowych zmywarek do naczyń! (?).
Zdumiewający jest dla mnie fakt, że w korespondencji prywatnej, przetłaczająco przeważały głosy popierająco-gratulujące od … szczurów lądowych. To jest ZDUMIEWAJĄCE w czasach popularnych, domowych zmywarek do naczyń! (?).

Pytania:
Czy jadam czasami wykwintnie?
Odpowiadam TAK. W McDonaldzie? ;-) (może raz w roku?).
Moje podejście do stylu konsumpcji jadła powstało za młodu i było kształtowane nie tylko przez żeglarstwo (na małych łódkach), też przez harcerskie traperstwo nizinne. Wtedy z kubka wypijało się do sucha przed przytroczeniem go do plecaka, a menażkę wycierało się igliwiem/liściem oraz obstukiwało się ją o obcas buta. Finkę lub niezbędnik się oblizywało! Kończąc tym samym mycie garów osobistych. Do pomycia zostawały wspólne kotły, głównie wybrudzone od zewnątrz, bo okopcone. Tak, okopcenie to jest BRUD (mimo znikomego życia mikrobiologicznego), ale jest łatwo się przenoszący :-)
Pożywianie jest dla mnie jedną z licznych czynności koniecznych do życia, kończących się na „-nie”, jak oddycha-nie, spa-nie, …-nie itd. Mimo mojego wyglądu, jakoby zaprzeczającemu stwierdzeniu, że jedzenie nigdy nie jest celem mojego życia. W moim jedzeniu istotne jest; dużo, szybko i do wypęku.
Od dziesięcioleci jestem palaczem i moje komórki węchowe są wyczulone na zapach benzyny, gazu, rozpuszczalników… . Jest to naturalne wyczulenie, aby gwałtownie nie skończyć. Woń posiłków przez mój zmysł powonienia jest pomijana. Kubki smakowe w konsekwencji nałogu też są zredukowane do określeń: słodki, gorzki, słony, kwaśny, ostry i …gorący, ciepły, chłodny, zimny. I koniec! :-)
Czy wiem co to jest brud na garnkach?
Oczywiście! Wiele lat pracowałem w farmacji. Rozróżniam oślizłość naczynia powstałą z posmarowania tłuszczem, od oślizłości wypracowanej w efekcie rozbudowanego czasowo życia mikrobiologicznego naczynia!!! Przypominam zapisy zawarte w: po drugie, po siódme, po dziewiąte [„Brudne gary w jachtingu”].
Pływam jedynie w średnich oraz wysokich szerokościach geograficznych Europy i dzięki panującym tam temperaturom, czas przejścia jednej oślizłości naczynia w drugą oślizłość, jest znacznie wydłużony! :-)
A w tropikach?
No cóż, to mnie nie interesuje – tam podobno w trakcie przyrządzania karma się psuje… . Gdy bywałem tam sporadycznie, to tylko piłem. WODĘ! No i wino… . Może podświadomie tam nie pływam, bo grozi myciem garów co posiłek?
Czy oszczędzam na myciu sztućców?
Tak, częściowo. Zdarza mi się jeść zupę widelcem – makaron, warzywa i inne wkładki do zupy. Ciecz wypijam. Lubię tak. Czy też zjeść kotleta łyżką wcześniej użytą do gęstej zupy. Na upartego z pomocą noża można zjeść prawie wszystko. A używany nóż z definicji się nie brudzi. Natomiast, sporadycznie jadamy tymi samymi sztućcami w zespół z załogą. Wtedy, gdy spożywanie z uwagi na panujące warunki nautyczne wymaga super pośpiechu, sporej ekwilibrystyki i musi się odbywać szeregowo. Zwykle, w trakcie równoległej konsumpcji jadamy osobnymi sztućcami. To taka forma rozrzutności. A może wykwintności? :-)
Oczyma wyobraźni widzę ośmioosobową załogę, która w mesie je karmę ze wspólnego gara, jedną przechodnią kopystką**. Zaczyna Pierwszy po Bogu (do wypęku) i przekazuj kopystkę Chiefowi (też do wypęku), po nim Drugi (z urzędu, jedynie do posmakowania), Trzeci (do syta) i dalsi członkowie załogi (zależnie od stanu błędnika i wstrętności osobniczej). Na końcu kanalia kuk - nieczłowiek. On nie musi. On zjadł wcześniej „nad zlewem” ***, próbując - smakując przed wydaniem z kambuza. I pamięta, czy potem pluł do gara. :-)
Polecam załodze STS "Fryderyk Chopin" (40-50 osób) taką formę oszczędności w brudzeniu naczyń (przechodnia kopystka i wspólny gar) :-) Na pokładzie brygu, zwyczajowo panuje ogromne ROZPASANIE w użyciu garów – poznałem to w trakcie odwiedzin portowych. Jeszcze raz dziękuję za gościnę!
Czy używam patelni teflonowej?
Tak. Patelnia z powłoką teflonową ma wiele zalet. Dla mnie najistotniejszą jest, że po skończeniu wydłużonego cyklu (czytaj - po trzecie:), cumując w porcie pod sklepem z patelniami, z nówkami nieśmiganymi o czystości fabrycznej, mój argument; że mycie naszej jest nie celowe bo „odejdzie z teflonem”, jest dla współ-armatorki dobitnym argumentem do całkowitej utylizacji (bez mycia) rodzinnej dotychczas patelni.
A co z grillem?
Typowo we współczesny sposób nie grillujemy – żar wytwarzamy w ognisku bez rozpałki. Nie mamy też na jachcie tv – „plazmy cyfrowej”. Wracając do grilla. Mamy „kratkę” – drucianą półkę z lodówki, którą kładziemy nad żarem ogniska. Po zakończeniu opiekania, wypalamy ją w żarze, a po ostygnięciu włożona w reklamówkę ląduje w bakiście. W kabotażu morski rzadko bywa możliwość rozpalenia ogniska. Na śródlądziu – notorycznie, oczywiście, nie w okresach bezwzględnego zakazu palenia ognisk (letnie susze).
Jednorazowe kubki, talerzyki i sztućce ?
Używam sporadycznie. Raczej nie w morzu, gdyż jest to lawinowy przyrost śmieci. Wtedy w bakiście, w worku ze śmieciami szybko zalatują. Używam okazjonalnie w porcie, w sytuacji gdy brak jest dostępu do czystej wody. EKOterrorystą nie jestem. O ekologii pamiętam. Ale pamiętam, że jesteśmy naturalnym wytworem Wszechświata i nie generujemy czegoś „nie z tego świata”. Problemem jest, czy chcemy żyć w śmietniku?
Nie lubię jednorazówek (naczyń) z powodu ich wiotkości. W efekcie delektowania się w błyskawicznym i łapczywym połykaniu wraz z popijaniem, czyli podczas żarcia, więcej jadła jest wokół mnie niż we mnie. A może w mojej podświadomości chodzi o wykwintność w jedzeniu? Nie wiem.
Jaki płyn używam do mycia naczyń?
Ten stary, tradycyjny, o męskim imieniu kończącym się na „g”. Który jest niezastąpiony do likwidacji na wodzie, zdarzających się drobnych wycieków paliwa. Powstałych przy przelewaniu paliwa do wbudowanego zbiornika, w moim silniku przyczepnym (czterosuw 2,5 KM). Lub po kimś w sąsiedztwie tankującym. Należy go rozcieńczyć i używać z pomocą spryskiwacza, który zawsze wożę w bakiście gotowy do użytku. Płyn ten jest w powszechnym użyciu przez obsługę nadwodnych stacji paliwowych w Polsce. Na niektórych stacjach jest zawsze użyty w okolicach miejsca podania paliwa przed tankowaniem.
Zmywarka do naczyń na jachcie?
Na mieczówce nie widziałem – może mało widziałem. Na balastowych jednostkach podobno bywają. Nie czarteruję nowych pływających wyrobów. Nie wiem, czy umiałbym odróżnić wbudowaną zmywarkę od wpasowanej kuchenki z piekarnikiem lub rożnem, czy też od pralki. O jej obsłudze nie wspomnę. Czym zasilana? 12V, to chyba tylko do mycia jednej szklanki. 230V, czyli z agregatu prądotwórczego. To już ciekawsze, z uwagi na możliwość zainstalowanie wielu innych urządzeń i instalacji np. klimatyzacji kambuza w tropikach – natychmiast bym tam mył gary co posiłek. Z agregatem na pokładzie, to przede wszystkim koniec z wszelkimi ograniczeniami prądowymi. Do nieustannego turkotu agregatu podobno można się przyzwyczaić – tak twierdzą zawodowcy z morza. Na naszym Promyku mamy zmywarkę dwu komorową (identycznie jak zlew). Wiadro + miska.
Czy ziemniaki w morzu gotować na wodzie zaburtowej?
A jest jakiś wybór? Ale wyjaśniam, mi się zdarza przygotować karmę, ale o przyrządzaniu jadła nie mam zielonego pojęcia. :-) Poruszyłem jedynie kwestię brudnych garów w jachtingu/żeglarstwie.
Czy zdarzyło mi się utopić gar(y)?
Oczywiście TAK. Bardzo żałowałem tej niezręczności, bo stało się to w trakcie …płukania! Po ich umyciu. Było to na początku rejsu, od tego momentu dostrzegłem KOLOSALNE możliwości w ograniczaniu ich ilości i ograniczania ryzykownych „manewrów” z nimi, podczas ich mycia. Częste mycie skraca … :-)
Ostatnio, od dawna nie zauważyłem, że coś utopiłem. Ale nawykowo na koniec mycia wkładam łapę do pomyj (po łokieć) – przed ich wylaniem, sprawdzając czy na dnie nie leży łyżeczka.
Czy oszczędzam na myciu sztućców?
Tak, częściowo. Zdarza mi się jeść zupę widelcem – makaron, warzywa i inne wkładki do zupy. Ciecz wypijam. Lubię tak. Czy też zjeść kotleta łyżką wcześniej użytą do gęstej zupy. Na upartego z pomocą noża można zjeść prawie wszystko. A używany nóż z definicji się nie brudzi. Natomiast, sporadycznie jadamy tymi samymi sztućcami w zespół z załogą. Wtedy, gdy spożywanie z uwagi na panujące warunki nautyczne wymaga super pośpiechu, sporej ekwilibrystyki i musi się odbywać szeregowo. Zwykle, w trakcie równoległej konsumpcji jadamy osobnymi sztućcami. To taka forma rozrzutności. A może wykwintności? :-)
Oczyma wyobraźni widzę ośmioosobową załogę, która w mesie je karmę ze wspólnego gara, jedną przechodnią kopystką**. Zaczyna Pierwszy po Bogu (do wypęku) i przekazuj kopystkę Chiefowi (też do wypęku), po nim Drugi (z urzędu, jedynie do posmakowania), Trzeci (do syta) i dalsi członkowie załogi (zależnie od stanu błędnika i wstrętności osobniczej). Na końcu kanalia kuk - nieczłowiek. On nie musi. On zjadł wcześniej „nad zlewem” ***, próbując - smakując przed wydaniem z kambuza. I pamięta, czy potem pluł do gara. :-)
Polecam załodze STS "Fryderyk Chopin" (40-50 osób) taką formę oszczędności w brudzeniu naczyń (przechodnia kopystka i wspólny gar) :-) Na pokładzie brygu, zwyczajowo panuje ogromne ROZPASANIE w użyciu garów – poznałem to w trakcie odwiedzin portowych. Jeszcze raz dziękuję za gościnę!
Czy używam patelni teflonowej?
Tak. Patelnia z powłoką teflonową ma wiele zalet. Dla mnie najistotniejszą jest, że po skończeniu wydłużonego cyklu (czytaj - po trzecie:), cumując w porcie pod sklepem z patelniami, z nówkami nieśmiganymi o czystości fabrycznej, mój argument; że mycie naszej jest nie celowe bo „odejdzie z teflonem”, jest dla współ-armatorki dobitnym argumentem do całkowitej utylizacji (bez mycia) rodzinnej dotychczas patelni.
A co z grillem?
Typowo we współczesny sposób nie grillujemy – żar wytwarzamy w ognisku bez rozpałki. Nie mamy też na jachcie tv – „plazmy cyfrowej”. Wracając do grilla. Mamy „kratkę” – drucianą półkę z lodówki, którą kładziemy nad żarem ogniska. Po zakończeniu opiekania, wypalamy ją w żarze, a po ostygnięciu włożona w reklamówkę ląduje w bakiście. W kabotażu morski rzadko bywa możliwość rozpalenia ogniska. Na śródlądziu – notorycznie, oczywiście, nie w okresach bezwzględnego zakazu palenia ognisk (letnie susze).
Jednorazowe kubki, talerzyki i sztućce ?
Używam sporadycznie. Raczej nie w morzu, gdyż jest to lawinowy przyrost śmieci. Wtedy w bakiście, w worku ze śmieciami szybko zalatują. Używam okazjonalnie w porcie, w sytuacji gdy brak jest dostępu do czystej wody. EKOterrorystą nie jestem. O ekologii pamiętam. Ale pamiętam, że jesteśmy naturalnym wytworem Wszechświata i nie generujemy czegoś „nie z tego świata”. Problemem jest, czy chcemy żyć w śmietniku?
Nie lubię jednorazówek (naczyń) z powodu ich wiotkości. W efekcie delektowania się w błyskawicznym i łapczywym połykaniu wraz z popijaniem, czyli podczas żarcia, więcej jadła jest wokół mnie niż we mnie. A może w mojej podświadomości chodzi o wykwintność w jedzeniu? Nie wiem.
Jaki płyn używam do mycia naczyń?
Ten stary, tradycyjny, o męskim imieniu kończącym się na „g”. Który jest niezastąpiony do likwidacji na wodzie, zdarzających się drobnych wycieków paliwa. Powstałych przy przelewaniu paliwa do wbudowanego zbiornika, w moim silniku przyczepnym (czterosuw 2,5 KM). Lub po kimś w sąsiedztwie tankującym. Należy go rozcieńczyć i używać z pomocą spryskiwacza, który zawsze wożę w bakiście gotowy do użytku. Płyn ten jest w powszechnym użyciu przez obsługę nadwodnych stacji paliwowych w Polsce. Na niektórych stacjach jest zawsze użyty w okolicach miejsca podania paliwa przed tankowaniem.
Zmywarka do naczyń na jachcie?
Na mieczówce nie widziałem – może mało widziałem. Na balastowych jednostkach podobno bywają. Nie czarteruję nowych pływających wyrobów. Nie wiem, czy umiałbym odróżnić wbudowaną zmywarkę od wpasowanej kuchenki z piekarnikiem lub rożnem, czy też od pralki. O jej obsłudze nie wspomnę. Czym zasilana? 12V, to chyba tylko do mycia jednej szklanki. 230V, czyli z agregatu prądotwórczego. To już ciekawsze, z uwagi na możliwość zainstalowanie wielu innych urządzeń i instalacji np. klimatyzacji kambuza w tropikach – natychmiast bym tam mył gary co posiłek. Z agregatem na pokładzie, to przede wszystkim koniec z wszelkimi ograniczeniami prądowymi. Do nieustannego turkotu agregatu podobno można się przyzwyczaić – tak twierdzą zawodowcy z morza. Na naszym Promyku mamy zmywarkę dwu komorową (identycznie jak zlew). Wiadro + miska.
Czy ziemniaki w morzu gotować na wodzie zaburtowej?
A jest jakiś wybór? Ale wyjaśniam, mi się zdarza przygotować karmę, ale o przyrządzaniu jadła nie mam zielonego pojęcia. :-) Poruszyłem jedynie kwestię brudnych garów w jachtingu/żeglarstwie.
Czy zdarzyło mi się utopić gar(y)?
Oczywiście TAK. Bardzo żałowałem tej niezręczności, bo stało się to w trakcie …płukania! Po ich umyciu. Było to na początku rejsu, od tego momentu dostrzegłem KOLOSALNE możliwości w ograniczaniu ich ilości i ograniczania ryzykownych „manewrów” z nimi, podczas ich mycia. Częste mycie skraca … :-)
Ostatnio, od dawna nie zauważyłem, że coś utopiłem. Ale nawykowo na koniec mycia wkładam łapę do pomyj (po łokieć) – przed ich wylaniem, sprawdzając czy na dnie nie leży łyżeczka.
----------------------
*) zmiana nazwy z „ … w jachtingu”, na „ … w żeglarstwie”, nie jest przypadkowa :-)
**) kopystka, określenie chyba lokalne, tu oznacza dużą, drewnianą łychę stosowaną do mieszania np. bigosu w ogromnym kotle (bo się przypali, czytaj - po siódme:).
Nie mylić z kopystką, narzędziem służącym do czyszczenia kopyt końskich, lub ze srebrnym narzędziem w kształcie łyżeczki stosowanym w okulistyce do operacji zaćmy (katarakty), czy też z „zaprojektowanym z myślą o doskonałym współdziałaniu z naczyniem miksującym urządzenia __” – tu nazwa producenta. Współczesną formą kopystki (raczej jest to przywłaszczenie nazwy) jest drewniana szpachelka, o niezaoblonych krawędziach i narożach, służąca do mieszania/skrobanie/przekładania jadła z współczesnej patelni (z powłoką teflonową).
***) synonimem złego jedzenia jest "jedzenie nad zlewem" - dziękuję Michale M. za to określenie wcześniej mi nie znane.
Pobite Gary,
ws
*) zmiana nazwy z „ … w jachtingu”, na „ … w żeglarstwie”, nie jest przypadkowa :-)
**) kopystka, określenie chyba lokalne, tu oznacza dużą, drewnianą łychę stosowaną do mieszania np. bigosu w ogromnym kotle (bo się przypali, czytaj - po siódme:).
Nie mylić z kopystką, narzędziem służącym do czyszczenia kopyt końskich, lub ze srebrnym narzędziem w kształcie łyżeczki stosowanym w okulistyce do operacji zaćmy (katarakty), czy też z „zaprojektowanym z myślą o doskonałym współdziałaniu z naczyniem miksującym urządzenia __” – tu nazwa producenta. Współczesną formą kopystki (raczej jest to przywłaszczenie nazwy) jest drewniana szpachelka, o niezaoblonych krawędziach i narożach, służąca do mieszania/skrobanie/przekładania jadła z współczesnej patelni (z powłoką teflonową).
***) synonimem złego jedzenia jest "jedzenie nad zlewem" - dziękuję Michale M. za to określenie wcześniej mi nie znane.
Pobite Gary,
ws
--------------------------------------------------------------
PS. 1. Zbliżają się Święta, a wraz z nimi rozpasanie w … brudzeniu garów. Udanych Świąt!
PS. 2 Plebiscyt na Żeglarza Roku 2014 Magazynu „WIATR”. > http://www.magazynwiatr.pl/news-1568#right
Pamiętacie o zagłosowaniu w moim imieniu? Kaśka i Brożka zostały nominowane za swój kobiecy rejs na Islandię.
PS. 1. Zbliżają się Święta, a wraz z nimi rozpasanie w … brudzeniu garów. Udanych Świąt!
PS. 2 Plebiscyt na Żeglarza Roku 2014 Magazynu „WIATR”. > http://www.magazynwiatr.pl/news-1568#right
Pamiętacie o zagłosowaniu w moim imieniu? Kaśka i Brożka zostały nominowane za swój kobiecy rejs na Islandię.
Połowa nominowanych, to sławy polskiego żeglarstwa sportowego (klasy olimpijskie i zawodowe uprawianie sportu).
żeglarstwo morskie, reprezentuje 6 osób, są w czterech nominacjach, w tym dwie dwuosobowe.
Dokonania nominowanych są zaprezentowane pod podanym linkiem.
Zapraszam do głosowania.
Uwaga:
- można głosować codziennie jeden raz!!!
- ale tylko za pośrednictwem Facebooka!!!
Nawet ten sposób promowania tej platformy, nie zmusi mnie do założenia konta na Facebook-u.
Część z Was podlega wykluczenia cyfrowemu, spowodowanemu nie posiadaniem konta na Facebook’u.
Ale liczę, że NIEWYKLUCZENI zagłosują chodź jeden raz w moim imieniu, na tych 35 możliwości – codziennie jeden raz, do końca plebiscytu tj. do 15.01.2015r.
Dziękuję.
Hej!
ws
Chichester powiedział w tej sytuacji - bo nikt by ze mną nie wytrzymał
Drogi Wacławie, nie ukrywam, że piszę, bo wywołał mnie do tablicy Gospodarz, który zna mnie z wręcz odmiennych poglądów. Mianowicie takich, że dobra żarcie jest nieodłącznie związane dobrym żeglowaniem. Jedno bez drugiego nie może istnieć...no i dobry trunek!
Jeśli Twoim zamiarem było obrzydzić ten rytuał odżywiania się w rejsie, to Ci się udało. Ale czy tego chciałeś?
Zaliczyłeś się, pisząc, co rok stopień, do znakomitej, znanej mi i nieznanej grupy kojotów, dla których motywem był wstręt do kambuza. To absolutnie rozumiem, bo i dlaczego wszyscy muszą uwielbiać dobra żarcie i czyste gary w kambuzie.
Natomiast gloryfikacja takiego podejścia dla braci żeglarskiej już jest dla mnie niezrozumiała, choć nie dziwią mnie wyrazy solidarności z Twoimi poglądami. De gustibus non disputantom czy jak to brzmi po ruskuJ
Zaczynając pisanie nowej edycji "Szuwarowego kuka" miałem problem nie lada - czym rozpocząć, jaką maksymą?
Natrafiłem na dowcip. Jest on przesłaniem książeczki, uczcie się kochani żeglarze (żeglarki), aby Wasze załogi nie musiały...
A oto rozmowa dwóch żeglarzy na kei:
- pierwszy: na naszym jachcie odmawiamy modlitwę przed każdym posiłkiem
- na to drugi: my nie musimy, nasz kuk gotuje dobrzeJJ
"Szuwarowy kuk" jest do nabycia za nędzne grosze ( to mój wkład w popularyzację „dobrego żarcia” na jachcie) jest w postaci ebooka do nabycia w internecie. Tam reszta mojej filozofii, jakże odwrotnej od Twojej.
Smaczego, drodzy żeglarze, wyznawcy obu filozofii!
Szuwarowy kuk
Batiar
Piszesz, że gloryfikuję … .
Tak, gloryfikuję swobodne żeglarstwo w myśl zasad: „z kim chcę, dokąd chcę, kiedy chcę i na swoim chcę”. Zasad sprowadzających się przede wszystkim do: JAK CHCĘ! M. innymi, czy chcę z rytuałem odżywiania się w rejsie, czy też bez niego. Do wyboru. Specjalnie napisałem „w rejsie”, nie „na jachcie”, gdyż jest to istotna różnica (Postscriptum).
Jak się domyślasz Szanowny Zbigniewie, z uwagi na mój lekceważący stosunek do jadania, nie czytałem Twojego ebooka "Szuwarowy kuk". Dlatego nie wiem, czy tam czegoś nie gloryfikujesz … .
:-)
Że obrzydzam… .
Gdyby moim zamiarem, było obrzydzić rytuał odżywiania na jachcie, to pisałbym barwniej, dosadniej i z wieloma znanymi powszechnie szczegółami, będącymi konsekwencjami posiadania zdrowego błędnika. W stylu:
po, strogonow, czy flaki, jednakowo „smakują” …
:-)
Kolego Zbigniewie, wyznawców stwierdzenia: pływa solo, bo nikt by z nim nie wytrzymał, jest bardzo wielu. Też jest wśród nich nasz Szacowny Autor SSI.
To stwierdzenie wypowiedziane (lub napisane), zawsze mnie bawi i …cieszy. Ma w sobie coś z grozy, tajemniczości i sporego niedopowiedzenia. Po przytoczeniu w rozmowie i przy braku mojej interakcji, z reguły następuje dopowiedzenie – stwierdzenie: przecież to jest nudne! Wtedy reaguję: NIGDY NIE JEST NUDNE!!!
:-)
W żeglarstwie swobodnym (wolnym) Szanowny Zbigniewie, masz prawo do wstrętu na myśl o pływanie ze mną, identycznie jak ja mam prawo do wzdrygania się w tych okolicznościach.
Ten wtręt, i to wzdryganie się, zawdzięczamy… . Wystarczająco długo jestem czytelnikiem, obserwatorem i czasami coś piszącym w SSI, abym nie znał wszelkich umiejętności i sposobów Jerzego, prowokujących szerszą dysputę.
:-)
Pozdrawiam,
ws
PS Między innymi, wychowałem się na lekturze książki „Run na wodę” - Gérard Borg, seria „Sławni Żeglarze”, Wydawnictwo Morskie 1976. Jest to satyra francuskiego żeglarstwa, też rytuału wykwintnego odżywiania na jachcie. Tam wykwintnie jadający nie wychodzą z portów, z uwagi na brak czasu i bo po co? Czy w obecnych okolicznościach wypada polecać ten tytuł? :-)
Zbigniewie,
zdecydowanie różnie pojmujemy określenia: kojot i Szanowny Kolego!
Gdybyśmy wyzbyli się odczucia wtrętu i odruchu wzdrygania (nie mieszałbym do tego Neptuna), to pewnie Ty byś gotował, ja bym zmywał. I byłby to naturalny podział ról. Ty pewnie byś dopieszczał jadło, ja bym z marsową miną mył sterty garów.
W tej sytuacji, gary byłyby czyste zgodnie z utrwaloną NIEZŁOMNĄ zasadą z morza – nie odkładaj na później!!!
Jest o tym w „Brudne gary w jachtingu”.
Natomiast, Ty swój autentyczny szacunek do jachtu (załogi?) wyrażałbyś pewnie apetycznością jadła.
Pozdrawiam,
ws
Moje wtrącenie do dysputy - zwykle w tym dwuosobowym pływaniu jest tak, że mnie interesuje wykwintność posiłku i czyste gary do jego stworzenia, Wacek o czystość garów dba osobiście i wyłącznie. Od ponad 30 lat nam to wychodzi :).
A wykwintny posiłek chyba umiemy zdefiniować podobnie - jeśli to na jachcie, powinno przygotowanie zająć jak najmniej czasu a spożycie sprawić jak największą przyjemność. Bo przecież dla przyjemności jesteśmy na jachcie. Poza tym dla przyjemności żeglowania, a nie jedzenia :).
Jest jeszcze drobna sprawa stopnia luksusu, czyli żeglarstwo czy jachting. My wolimy żeglarstwo - żeby do wody można sięgnąć ręką, a nie wyłącznie z drabinki lub tylnej platformy. Nie musi być ani ogrzewania, ani lodówki, że o zmywarce nie wspomnę!
Ela
no nie mogę przejść obojętnie wobec tego newsa:
http://kulinski.navsim.pl/art.php?id=2641&page=0
Żeglowanie nigdy nie było dla każdego. Od zawsze byl to sport - hobby - forma spędzania czasu wolnego elegancka i budząca bardzo pozytywne skojarzenia. Kojarzylo się ono z wiedzą prawie tajemną:), ujarzmieniem wiatru, wody jachtu. W gruncie rzeczy zajęciem dość estetycznym i pozostawiającym w czloiweku wiele silnych pozytywnych emocji, rozwijającym. A nade wszystko nie tolerującym byle jakości i ignoranctwa.
Od czasu kiedy pamiętam sprawy kambuza na rejsach klubowych traktowane były po macoszemu. Bo przecież twardziele - żelgarze nie jedzą tylko muszą się nawpychać żarła - byle jak i szybko. Nie przystoi przecież twardemu matrosowi bawienie się z kambuzem, przygotowanie smacznych i eleganckich posiłków. Bo przecież to nie pasuje do żeglarstwa - to już będzie przecież jachting?
Ten aspekt puszkowo-konserwowy, mieszaniny czegoś z czymś tworzącym jakąś bezsmaczną masę, paszę, żarło czy jakkolwiek to nazwać zawsze mnie odrzucał. Rozumiem, że w trudniejszych warunkach je się w sposób adekwatny do stanu morza (co dalej nie oznacza złego jedzenie i byle jakiego), ale dlaczego się katować w portach czy na malej fali?
Po tym jak wiele zlęgo dzieje się w naszej świadomości kulinarnej widać po pwenym programi w telewizji na T który prowadzi pani na G. To co tam pokazują - czym nas próbuje się truć - woła o pomstę do nieba. Ile jeszcze lat świetlnych musi upłynąć aby czlówiek zrozumiał, że jesteśmy tym co jemy?
I aby uprawiać w zdrowiu i długo to żeglarstwo należy zadbać o to co i jak jemy?
Spędziłem w 2010 roku kolejne żeglarskie dwumiesięczne wakacje w Szkierach. Wraz z moją żoną, małymi dziećmi (Antonia miała wtedy niecałe 3 lata, Zosia 9) żeglowaliśmy na nabytym w finlandii 31 stopowym jachcie Bianca. Jacht z nawisami, ze starej szkoły, stary ale za to świetnie żeglujący. Udało mi się go wyremnotwać zimą - oprócz wnętrza. A to było iście spartańskie - ciasne, śmierdzące wilgocią, bez bieżącej wody (nie było jak zmywać:).
Nie zraziło nas to jednak do gotowania i dogadzania sobie w najprzeróżniejszy kulinarny sposób. Ponieważ nie było kuchenki w kambuzie, wystawialiśmy butlę i małą turystyczną kuchenę do kokpitu i tam urządzaliśmy kuchnię. Pożerało to mnóstwo czasu i pracy, ale zawsze zasiadaliśmy do stoły z czymś smakowitym i ładnie podanym.
Tak się jakoś utarło, że im mieliśmy trudniej, tym się bardziej staraliśmy zachować jakość i ład oraz elegancję posiłków, nie zważając na deszcz i chłód.
Tak to wszystko urządziliśmy, że mieliśmy czas i na żeglowanie i zwiedzanie.
z pewnością nie było "do wypęku" ale za to nas brzuchy nie bolały:)
Co do południa i rejsów na tamtych wodach:
znam jednego człowieka, ktory samochodem do Grecji zabiera całe wyżywienie na rejs. Łącznie z ziemniakami. Można i tak można i tak - parafrazując pewien dowcip.
Rozmowaiając jednak z wieloma ktorzy tam pływają oraz po lekturze wielu relacji z rejsów mogę optymistycznie powiedzieć, że jest dobrze.
Z żeglarskim pozdrowieniem