NA ZACHODZIE JAK TO NA ZACHODZIE
z dnia: 2020-06-19


Wszystko dobre, co dobrze się kończy. Jacek Chabowski szczęśliwie dożeglował do Gdańska. Pierwszy odcinek relacji

samotnego rejsu na trasie Lizbona – Gdańsk macie tutaj:  http://kulinski.navsim.pl/art.php? id=3644&page=0  

Był to rejs wymuszony sytuacją zarazy, w wyniku której jacht „Blue Horizon” utknął w Lizbonie. Zadanie trudne nie tylko

logistycznie. Jacek porwał się na samotne sprowadzenie jednostki do Polski. Dla samotnego żeglarza rejs na tej trasie

pełen zagrożeń.

Gdyby Jacek przed rejsem zapytał czy wiem kto by chciał mu towarzyszyć to bym mu pomógł, bo znam kilku takich

zapalonych, nieustraszonych i doświadczonych. Mietek Leśniak pewnie by pierwszy się zgłosił

Udało się !

Gratuluję !

Nie radzę bisować.

Pamiętajcie o kamizelkach i smyczach !

Żyjcie wiecznie !

Don Jorge

----------------------------------------- 

 

Witaj Jerzy,

Kanał La Manche i Morze Północne za mną. Niże baryczne i Morze Północne wydają się nierozerwalnymi parami. Taki niż leci sobie z nad Atlantyku i kręci oberki z Morzem Północnym. Biedne statki i jachty muszą schodzić im z drogi, a i tak zaliczą smagańce od szalejącej pary. Przepłynięcie wąskiego gardła między Wyspami, a Europą kontynentalną, później tory wodne do Antwerpii i Rotterdamu, trochę mnie zmęczyły i schowałem się na niecałą dobę do Den Helder w Holandii. Wejście do mariny jest tam tak wąskie, że odbijacze trzeba wciągać na pokład, a ja jeszcze odruchowo brzuch wciągałem, gdy mijałem główki. Pomogło, bo wpłynąłem bez kontaktu fizycznego.
Teraz kilka słów o kolizji. Po kilku tygodniach na jachcie, słuch jest już tak wyostrzony, że zna się wszystkie dźwięki. Każdy nowy zapala w głowie żółtą lampkę, a jak jest gwałtowny lub głośniejszy, to i z toalety wyciągnie w trybie awaryjnym (bez szczegółów oczywiście). Tuż po minięciu podejścia do Rotterdamu, w kadłub jachtu, dwa razy coś uderza. Dość głośno. Byłem na schodach zejściówki i zaskoczenie było tak duże, że przez ułamek sekundy nie wiedziałem w którą stronę odwrócić głowę. Rzut oka do przodu, czy nie trafiłem jakiejś boi lub innego żelastwa. Nie. Uff. Patrzę do środka jachtu – koje na miejscu, żadnej fontanny nie widać. Drugie uff. Patrzę za rufę i….przez chwilę nic, ale na sekundę wynurza się jakaś czarna kula. Wynurza się dziwnie. Nie rytmicznie, znaczy nie w rytm fal. Znika. Łapię za lornetkę i wbijam wzrok w kilwater. Nic. Dalej nic. Po kilkunastu sekundach (tak myślę, bo ocenić upływający czas jest trudno) jest znowu. Wynurza się relatywnie wolno i znowu wbrew rozhuśtanemu morzu. Dwie, trzy, może cztery sekundy i znika na zawsze. Co to było? Pytanie krąży w mózgu przez kilka godzin. Obchodzę powoli jacht. Na zewnątrz i w środku. Podnoszę podłogi i szukam przecieku, wody. Nic. Kładę się do koi i pytanie bez odpowiedzi wygrywa z sennością. Na drugi dzień mam dwie teorie. Jakaś kula w rodzaju bojki, ale to by było dziwne, bo na zbyt długo się zanurzała i do tego kolor – czarna??? Druga teoria mówi o kolizji z foką. Tym bardziej, że kilka ich widziałem przed Kanałem La Manche i po. Tę odpowiedź „komisja badania wypadku” wpisuje do raportu końcowego i publikuję na pokładzie. Dodam tylko, że oględziny burt w Den Helder nie ujawniły nowych uszkodzeń mechanicznych.


Wypływając z Den Helder musiałem płynąć kilka godzin na zachód, bo owszem jest skrót między wyspami, ale locja mówi, że głębokości tam od jakiegoś czasu nie są badane, a silne prądu potrafią zbudować pod wodą niemałe piaskowe wzniesienia. Po zwrocie na początku pełny baksztag i fordewind. Dwie opcje do wyboru: albo halsówka baksztagami z wiatrem, albo fordewind „na motyla”. Generalnie wolę pierwsze rozwiązanie, ale tor wodny blisko i co chwilę trzeba robić zwroty. Z liczebniejszą załogą jak najbardziej fajnie, ale samemu, to trochę już mi się nie chce. Motyl. Ładnie brzmi, ale z ustawieniem to już nie jest tak prosto. Zabezpieczenie grota (kontra szot), przygotowanie bomu spinakera, jego wciągnięcie, wpięcie szotów foka, rozwinięcie foka na nawietrzną i jeszcze trochę wiązania i prowadzenia kilku lin, jednej osobie zajmuje sporo czasu. Jak ja doceniam teraz załogi….
cid:image001.png@01D645C0.AA5EB860:-). W końcu jest. Stabilizuję kurs, kąt do wiatru na poziomie 180 +, - 5 stopni. Lecimy, wieje 17 do 20 węzłów. Jest zacnie. Cieszę się jak dziecko. Nie! Cieszę się jak Tom Hanks, gdy samotny na wyspie pierwszy raz rozpalił ogień w filmie „Cast away”. Tańczę na jego wzór i całe szczęście nikt tego nie widzi.
Zbliżam się do Cuxhaven. Mijam podejście do Hamburga i dość zatłoczone kotwicowiska. Kolejne, wielkie wycieczkowce, stoją zesłane na kwarantannę. W nocy trochę spałem, ale poniżej normy. Do tego zauważam nakładające się zmęczenie z tych długofalowych. Siedzę w kokpicie i co chwilę spada mi głowa, jakbym był na jakimś nudnym, długim przedstawieniu. Do pionu, gwałtownie i nawet agresywnie stawia mnie Luftwaffe. Dwa, bardzo nisko przelatujące myśliwce (nie wiem dokładnie czym oni latają), wyrywają mnie z drzemki tak szybko, że szybciej wstałem niż otworzyłem oczy. Dobrze, że nie miałem nic nad głową. To robi wrażenie. Wydaje się, że lecą tak nisko, że wskaźnik wiatru na topie masztu zaczął się kręcić wokół siebie. Zapewne tak nie było, ale nawet nie zdążyłem im pomachać lub pogrozić pięścią. Wybudzili mnie skutecznie. Do samej mariny w Cuxhaven już nie zasnąłem.


Bardzo lubię marinę w Cuxhaven. Kiedyś jak tam wpłynąłem, kilkanaście minut po cumowaniu, na maszt wjechała polska flaga. Taki zwyczaj, ale już prawie martwy. Tym razem tak nie było, ale nic nie szkodzi, bo przybyłem w porze, w której gości witają tylko automaty do pobierania opłat.
Jak ja lubię się wyspać. Wypływam kolejnego dnia trochę później i dopuszczam, że nie przepłynę Kanału Kilońskiego na raz. Ma około 90km długości i dość monotonny krajobraz. Jest przyjemnie zarośnięty. Niby taka swobodna natura nad wodą, ale czuć jednak to z czego słyną nasi zachodni sąsiedzi. Ma się wrażenie, że nawet trawa nie pozwala sobie na swobodny i nieuporządkowany przyrost.
Kolejnego dnia opuszczam Kanał przez śluzę w sąsiedztwie niby niedużego statku, ale gdy stoi się w odległości kilku metrów od jego burty, nabiera się szacunku i respektu. Wrota śluzy otwierają się leniwie i grzecznie czekam aż dojadą do końca. Z góry słyszę jak gostek z obsługi mnie woła i krzyczy „scheneller, scheneller!”…już prawie chciałem krzyknąć „tylko nie sznela, tylko nie sznela!!” Coś jednak w głowie kiedyś tam zaparkowało i na niektóre zwroty jest się przeczulonym. W słońcu opuszczam „lejek” kiloński i „obijam” się o duńskie i niemieckie brzegi. Sprawdzam prognozę pogody i wygląda to słabo. Nie ma już w prognozie zielonego koloru i zaczyna królować żółty. I jeszcze ten kierunek. Znowu pod wiatr. Centralnie.


.


Nie zauważyłem kiedy ale nad głową wylał się ołowiany dywan chmur. Zrobiło się szaro i ponuro. Morale w załodze siada. Jakiś portugalski „gorący kubek” pomaga, ale na krótko. Do tego stroma, krótka fala i wydaje się, że żegluję pod górkę. Prędkość marna. Wydawało mi się, że to najgorsza noc w całym rejsie. Rano decyzja, że wpływam między wyspy i zaparkuję w Stralsundzie. Wpływam do miejskiej mariny i szukam wyznaczonego mi przez telefon miejsca. Gdy się zbliżam do kei, z sąsiedniego jachtu, wyskakuje kilka osób i odbiera ode mnie cumy. Pytają kilka razy czy w czymś pomóc. Czy ja tak źle wyglądam??? Dziękowałem im za pomoc i że dalej dam radę sam, a oni dalej swoje. Dobra – załóż proszę jeszcze szpring dziobowy. Szczęście wylało się na jego twarzy, a ja jestem zaskoczony, żeby nie powiedzieć zdumiony. Czasami niewiele trzeba, aby zapomnieć o ostatniej, mało sympatycznej nocy.


Wypływając wcześnie rano z niemieckiego Stralsundu wymieniam foka na mniejszego i lepiej przystosowanego do żeglugi pod żółty (prognozowy) wiatr.
Żegluga lepsza niż wczoraj, ale do czasu gdy otacza mnie mgła. Spoko, zaraz zniknie, bo przecież całkiem wieje. Nie znika. Zbliża się i jeszcze bardziej otacza. Widoczność na jakieś 100, może 200 metrów zakazuje snu. Podstawa wiatru 25 węzłów, szkwały przełamują 30. Wilgotność przekracza 90% i ta noc wygrywa w konkursie na tę najgorszą.
Ponura atmosfera otwiera puszkę pesymizmu. Patrzę na morze i widzę….szare, skaliste zbocza Tatr. Wydaje się dziwnie, ale takie mam skojarzenie. Jakby zamrozić ruch wody, to ostre załamania fal w kolorze stalowo szarym wyglądają jak skały. Do tego pustka. Brak życia. Nic się nie wynurza. Żadne skrzydlate stworzenie mnie nie okrąża. Kolejne skojarzenie. To morze jest martwe. Czy coś tu żyje? Pustynia.
Wpadając w zasięg telefonii konsultuję z Wojtkiem sytuację na polskim wybrzeżu. Dostaję info, że poligon morski koło Ustki jest zamknięty i mam objazd. Niby trzeba tylko odpłynąć 12 mil od brzegu i potem kolejne 30 mil równolegle do brzegu, ale jak się to robi pod wiatr, to mamy korektę i robi się z tego ponad 60 mil ekstra. Klnę, narzekam na armię i kilka razy pytam, czy nie mogą ćwiczyć jesienią i zimą, gdy nie pływają tutaj jachty? Nic. Cisza.
Robi się lepiej słońce przegania chmury i pesymizm jest na wyczerpaniu. Na ploterze lekkie poruszenie. Mijam kolejną granicę. Pęka 100 mil do celu i są już tylko dwie cyfry. Noc z tych przyjemnie, romantycznie jasnych. Poświata na północy pokazuje, że tam jest teraz ukryte słońce. Księżyc przed nim ucieka i jest całkiem widno. Mijam łebską latarnię i zaczyna do mnie mrugać Rozewie. Mruga tak i mruga i jakoś się nie zbliża. Czyżby ruchomy cel? No normalnie nie mogę dopłynąć. Rano mijam ostatni w tym rejsie przylądek i w końcu jest to, co lubię najbardziej. Najpierw półwiatr, który przechodzi w baksztag. Wieje w okolicach 20 węzłów, a łódka wchodzi w galop po falach. Piękny finisz. Żeglarstwo! Nie jachting! Szot na kabestanie przyjemnie skrzypi i napina mięśnie. Jest super.
Ostatni dylemat. Wpływać do Górek Zachodnich, czy do Gdańska? Gdańsk, zdecydowanie! Mój ukochany Gdańsk. Z radością wieszam pod lewym sailingiem flagę miasta, a pod prawym wszystkie flagi odwiedzonych państw. Wywołuję Kapitan i z dumą odpowiadam na pytania skąd płynę i ile osób jest na pokładzie. „Z Lizbony, z Portugalii. Jedna osoba na pokładzie.” Czekam na odpowiedź. Nie! Czekam na niedowierzające pytanie – skąd? Ile osób na pokładzie??? Lekki trzask w radiu i słyszę pozbawioną wszelkich emocji, żeby nie powiedzieć znudzoną odpowiedź – „Proszę bardzo. Można. Proszę płynąć prawą stroną toru i uważać na pogłębiarkę”. To wszystko??? A tak się starałem.


Piękne miasto. Pięknie położona marina. Jestem w domu. Na pomoście Andrzej z Tatą i obsługa mariny odbierają cumy i przytrzymują jacht. W kolorowym tłumie turystów na brzegu dostrzegam Żonę.
Jestem. Dopłynąłem. Cało, szczęśliwie i bez złych przygód. Adrenalina szaleje, znieczula zmęczenie i senność.

„Uwolnienie Delphi” zajęło mi 4 tygodnie. Przepłynąłem 1955 mil. Odwiedziłem 8 portów.Spotkałem kilkanaście pięknych wschodów i zachodów słońca. Flauty i porywy wiatru do 40 węzłów. Fauna w przeważającej ilości na Atlantyku i wszystkie możliwe kolory wody.Pięć audiobooków z Harrym Hole w roli głównej (no normalnie kumplami jesteśmy). Sporo przemyśleń, refleksji i kilka decyzji.
Dużo dobrej energii i dobrych słów przez telefon, mailowo i pod postami. Bardzo dziękuję. Wartość nie do przecenienia i docenienia.
Pewnego rodzaju reset, rekolekcje i kilka poważnych rozmów z samym sobą.
To wszystko na najlepszym jachcie świata – „Blue Horizon” (Delphia 47). Ona rocznik 2010, on 1970.

- pozdrawiam

Jacek

 

 

Ten artykuł pochodzi ze strony:
JERZY KULIŃSKI - ŻEGLARZ MORSKI
Subiektywny Serwis Informacyjny
http://www.kulinski.navsim.pl

URL tego opowiadania:
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=3647