CZY ZDAJECIE SOBIE SPRAWOZDANIE
z dnia: 2018-12-31


Nowy Rok 2019 otwieramy uczonym wykładem rangi akademickiej Jarosława Czyszka. Wykład jest kompletny, wywody

fotografiami zilustrowane. Doskonały wskaźnik jaki poziom wywodów jest w roku 2019 oczekiwany przez PT Czytelników

 i Skrytoczytaczy SSI. Taki operat jednak wymaga mojego łagodnego, stopniowego wprowadzenia. Czyli – cierpliwości i wyrozumiałości !

Przedmiotem wykładu jest luksus w żeglarstwie jako pojęcie względne. Bo to co dla jednego jest luksusem, to dla innego – już

standardem. Ludzie łatwo ulegają demoralizacji.

Mój pierwszy kontakt z kłopotliwym luksusem dokonał się dnia 22 kwietnia 1939 roku, kiedy to z tatusiem utkwiliśmy w luksusowej

windzie  między piętrami luksusowego domu handlowego „Bracia Jabłkowscy” przy ulicy Brackiej w Warszawie. Uwolnienie trwało długo.

O luksusach okresu okupacji zmilczę. Pierwszy mój powojenny kontakt z luksusem przypada na rok 1949, kiedy to zażywałem

luksusowych uciech na świeżo otwartych ruchomych schodach przy tunelu Trasy W-Z. Schody były luksusowe, pierwsze w

Polsce i oczywiście radzieckiej produkcji. Pózniej długa luka czasowa i wreszcie rok 1965 - kolejne olśnienie luksusem - 

automatyczne otwierające się okna mojego pokoju w secesyjnym  Hotelu Nacional de Cuba w Hawanie. Klimatyzację w Chevrolecie Impala

w warunkach tropiku przyjąłem już jako coś normalnego. Względność doznań. Pod koniec lat 60-tych wszedłem w posiadanie luksusowej

wyrzynarki do sklejki marki Black&Decker. W latach 70-tych kłopotów z luksusem przybywało, jednym z takich była awaria napędu wyciągu

narciarskiego z Hali Gąsienicowej na Kasprowy. Zawisłem wysoko, długo, mroźno z pięknym widokiem na Myślenickie Turnie.

No wreszcie czas obecny – jesienią zapalił mi się podczas jazdy luksusowy agregat klimatyzacji w moim sportowym „Tiburonie”

(2000 ccm, turbo). To wyposażenie dla mnie absolutnie zbyteczne, nigdy go nie włączałem, a to-to zapaliło się samo z siebie (samoczynnie)

i to żywym ogniem  Ugasiłem. W naszym klimacie - jak mi w aucie za gorąco to opuszczam szybę.  A na jachcie „Milagro V”

 winda kotwiczna była napędzana przy pomocy handszpaka, a odpływ z kingstonu przy pomocy ręcznej pompy. O luksusie automatycznej

skrzyni biegów w moim camperze VW-LT28 (2400 ccm, 6 cylindrów, turbo diesel) nie marzę. Daję sobie radę z redukcją biegów przy

zastosowaniu „międzygazu”.

Generalnie jestem podejrzliwy w stosunku do wszystkich luksusów, zwłaszcza elektronicznych.

Oddaję Was teraz w ręce Jarka, któremu dziękuję i wyrażam podziw.

POMYSLNOŚCI W NOWYM ROKU !

Żyjcie wiecznie !

Don Jorge

PS. Uważam, że ten artykulik nadaje się doskonale do rozdziału „Męska końcówka” w dodatku gazetowym  „Wysokie Obcasy”.

-----------------------------------

Rozbawił mnie Colonel tym swoim luksusowym samochodem marki KIA....

.

Jachting to jest ogromny przemysł generujący, z jednej strony, koszty, z drugiej zyski. Sytuacja w Polsce na dzisiaj wygląda w ten sposób, że koszty chce się przerzucić na ogół, a zyski skonsumować.  Jest oczywistym, że się żeglarstwo polskie zmieniło. Drastycznie. Padło pływanie klubowe, padło szkolenie młodzieży, padło żeglowanie jako zajęcie dla dzieci i młodzieży. Padła Polska Morska skończyło się zatem szkolenie żeglarskie jako forma poznawania morza, jako element przygotowania do zawodu. Życie, oczywiście, nie znosi próżni zatem zgodnie z zasadą Kopernika pojawiły się rozmaite Akademie Żeglarstwa Rodzinnego i stopnie rozdawane garściami za naciągany staż.

Zmieniła się forma przystani żeglarskiej, mariny, która z portu zamieniła się w całoroczny parking budowany za publiczne pieniądze na rzecz „armatorów” za symboliczny abonament trzymających tam swoje „jachty” pościągane z rozmaitych placów złomowych „starej” Europy.  Dlatego ja, na przykład, będę protestował przeciwko zabudowie jedynej publicznej plaży w Pucku pod budowę przechowalni jachtozłomu dla tych warsiawiaków, którzy się już nie mieszczą w Trójmieście. Daleko, jeżeli chodzi o żeglowanie w Polsce nie jest najlepiej jakoby, od tysiąca lat, a już opowiadanie głodnych kawałków jak to byliśmy do niedawna jeszcze europejscy, a teraz obsuwamy się w dzicz azjatycką świadczy tylko o tysiącletnich dziadkach, którzy je opowiadają.

Jacht, panie Andrzeju, powinien mieć tyle stóp długości ile lat ma właściciel, plus dwadzieścia. Wspaniały świat żeglarstwa; wiatr, morze, pieniądze, piękne kobiety, śnieżnobiałe plaże, blue water sailing.

 *

[...] Miałem rację, że ta cała plątanina kanałów i stoczni nad nimi położonymi jest w rękach jednego właściciela niezależnie od nazwy, która widnieje na takiej czy innej hali.    No może te położone w ogródkach i bez dostępu do wody jakoś wypadają z układu, ale też wyraźnie to po nich widać.    Dzisiaj ze dwa kilometry od mojego miejsca postoju, na nabrzeżu cichego kanału wypatrzył mnie assistente dyrektora Sinioncitti. -

Hello captain, it's for you. I wręczył zaproszenie na bal gwiazdkowy w stoczni Lurbas. Pójdę, pewno, że pójdę. Pralkę na rufie już rozpracowałem. Takie tam urządzenie elektroluksa, które trzeba podłączać do przeciągniętego nad pontonem przedłużacza. Kiedy się wsadzi wtyczkę do prądu to ciekłokrystaliczny wyświetlacz się zapala i potem to już tylko instrukcja jak dla przeciętnej szwedzkiej gospodyni.

Dałem radę.

Gorzej troszkę z wysuszeniem rzeczy, bo konstruktor nie przewidział na jachcie jakiejś dodatkowej suszarni i trzeba przeciągać sznurek przez kabiny armatorskie na dziobie. Wiąże się węzeł na chromowanym wieszaku, linka idzie do uchwytu z nierdzewki w kambuzie i wraca korytarzem do drugiej kabiny. Kilkukrotne owinięcie na klamce wytrzymuje obciążenie tych kilku mokrych rzeczy. Teraz jeszcze tylko termowentylator na podłogę, bo noc bez termowentylatora nie dała spodziewanych efektów, i już jutro będę mógł odprasować czarną koszulę i spodnie. Marynarka wisi na wieszaku w stanie nie używanym od przylotu, trzeba tylko sprawdzić czy jakaś pleśń się nie zalęgła.

Na przyjęcie uprałem te ciemniejsze zielone spodnie, skarpetki pasujące kolorem do spodni i nie kontrastujące zbytnio z czarnymi butami. Do tego czarna koszula.  Tak ubrany, w marynarce, zjawiam się na portierni zgodnie z podaną na zaproszeniu godziną.  Portier zaprowadził mnie kilka kroków. Do stoczni Lurben wchodzi się zadaszonym pomiędzy dwoma budynkami pasażem. Przy wejściu są dwa podnoszone za pomocą pilota szlabaniki. Jeden mniejszy dla pieszych i obok większy dla wjeżdżających samochodów. Dach gdzieś wysoko ponad trzecim piętrem, uliczka wybrukowana kamieniami, oświetlona jaskrawo ukrytymi w bruku reflektorami.  Wchodzimy w oszklone drzwi w tym samym pasażu. Stoły zastawione przekąskami i piramidami z butelek wina. Kieliszki lśnią kryształowym blaskiem, ale zdaje się, że nikogo nie ma. Jestem pierwszy, zjawia się czarnooka kelnerka i dwu, pełnych dobrej woli gentlemanaów.  Wciskają mi, bez oporu,  do dłoni kieliszek, do drugiej garść ziemnych orzeszków i gawędzimy sobie swobodnie, oczywiście na tyle ile mi znajomość angielskiego pozwala, o statkach, załogach i gwiazdce, która ma zaraz nastąpić. Dają mi wizytówki i pytają o moją.  A ot, nie mam. Wielki świat.

 Powoli przychodzą następni smutni faceci uwięzieni na święta w jachtowej stoczni remontowej.

Mała salka zapełnia się niespodziewanie w szybkim tempie. Dominują mężczyźni, chociaż jest też kilka kobiet, ale nijakie one przy długonogiej obsłudze roznoszącej napoje, talerzyki i, skrzynkami, szampana.

-Dont worry, it's normal for marinero....  Jak to mówią, normal way in seamans lifie.

Włosi, generalnie słabo mówią po angielsku, z Włochami najlepiej po włosku, no i dobrze mówią też po francusku. Ja po francusku słabo; yyyyyy....    To podjadam tego, to skubnę owo, wypiję szampana i zapalę papierosa w owym pasażu. Obok przejeżdżają auta i kierowcy gapią się na tak luksusowo ubranego gościa z kieliszkiem w dłoni. Nie pozostaję dłużny i gapię się na nich. Jak machają ręką to ja kieliszkiem z szampanem na wiwat. Dołącza się jeden z organizatorów.

     

.

     

.

  

Czas płynie miło i szybko, w dobrym nastroju wracam samotnie na zacumowany jacht. Samotność mi nie przeszkadza. Nocny chłód wyganiam za pomocą termowentylatora, mrok rozświetlają fikuśne lampki, których na tym jachcie jest pełno i które można włączać w rozmaitych wariantach z rozmaitych miejsc obszernego salonu. Chyba mi ten szampan nieco zaszumiał w głowie. Ponieważ wykąpałem i ogoliłem się przed przyjęciem to włażę pod kołdrę już bez rutynowego prysznica. Ot takie niezwykłe odstępstwo od normy na cześć niezwykłego wieczoru.  Łódka ma wiele fikuśnych systemów, między innymi klimatyzację z opcją grzania. Ale dmucha tylko powietrzem i nie grzeje, może gdzieś trzeba jeszcze przełączyć jakieś pokrętło czy cuś.

Na razie wiernie służy mi drugi termowentylator. Oczywiście jak grzeje korytarz z praniem to już nie grzeje mesy.  Ale, co za innowacyjność i wygoda, wczoraj nagrzałem sobie łazienkę przed kąpielą, która tym samym okazała się luksusowa. Każda kabina ma łazienkę, no z wyjątkiem tych dwu na dziobie, które mają wspólną, ale za to rozsądnych wymiarów i ze szklaną sauną, w której tajemniczo lśni zielenią jakieś skomplikowane pokrętło do nastawiania odpowiednich parametrów.

Moja łazienka, tak jak i pozostałe, jest miniaturowa i nie ma mowy by wejść do niej w ubraniu, którego zresztą nie byłoby na czas prysznica gdzie zostawić. Wchodzę więc goły jak święty turecki, odkręcam wodę i cierpliwie czekam kiedy spłynie zimna. Trwa to jakiś czas odmierzany kolejnymi wystawieniami ręki znad szklanej zasłony czy to aby już. No, teraz, kiedy najpierw na pół godzinki wstawię sobie tam termowentylator oczekiwanie jest znacznie bardziej przyjemne niż dotychczas. Na czas nagrzewania łazienki siedzę w mesie ubrany w sweterek, bo jak grzeje tam, to już nie tutaj.

Do niedawna były dwa termowentylatory, ale drugi skończył się kilka dni temu kiedy ze słodkiego snu. Materace są wygodne koje przestrzenne a kołderka cieplusia, kiedy wyrwała mnie syrena jakiegoś alarmu na tablicy rozdzielczej. Wypadłem z kabiny, ciemno, zimno, tylko coś w przedzie błyska na czerwono i wyje tak jakby chciało obudzić połowę miasta. Termowentylatorek, wyłączony z prądu dla bezpieczeństwa, pozostał na noc w korytarzyku i padł ofiarą mojej prawej nogi, pobolewa do tej pory, kiedy na oślep pędziłem do tego alarmu.

Najpierw jak cholerę wyłączyć, bo konstruktor zadbał co prawda o oświetlenie tablicy ale tylko w tych miejscach gdzie odpowiednie przełączniki są włączone. Gdzie indziej ciemno. No nie do końca bo pulsująca czerwona lampa rzuca krwawy odblask na dziesiątki przełączników i pokręteł. Okazało się, że wystarczy wcisnąć lampkę i cały alarm się skasował, tak dokładnie, że teraz nie wiadomo do końca która sekcja czy urządzenie tak wyprowadziła to to z równowagi. Normalnie na takiej tablicy osobnym przyciskiem gasi się alarm dźwiękowy a osobnym świetlny. Po to by nie wyło niepotrzebnie i po to by było widać na spokojnie o co właściwie chodzi.

Tutejsza tablica jest modern i jednym ruchem zgasiłem wszystko.

Coś mi się tam kołacze, że oprócz dużej lampy świeciła jeszcze diódka forpik blidge. Odsuwam ciężką chromowaną , oszkloną zejściówkę i pędzę na rufę do achterpiku. Wszystko w porządku, ale przecież, cholera, było forpik a nie achterpik. Mimo cienkiego sweterka zarzuconego tylko na nocny T-shirt, robi mi się gorąco. Nie rufa, a dziób, palancie.

Na dziobie  są dwa pokładowe luki. W jednym mieści się winda kotwiczna dla dwu pługowych kotwic, w drugim pomieszczenie na żagle, liny i tym podobne szpeje. Tam gdzie winda jest płasko i pomieszczenie na pewno nie sięga zęzy, otwieram więc drugą klapę i słyszę odgłos pluskającej wody.

Cholera, toniemy !. Po chwili dopiero refleksja, że to kondensat na metalowym luku, który po podniesieniu klapy po drabince ściekł w dół na aluminiowe gretingi i stąd ten pluskot. Więcej wody na szczęście nie ma. Siadam w kokpicie, zaciągam się papierosem. W górze jasno błyszczące gwiazdy, jacht lekko kołysze się na wchodzącej do portu martwicy. Która to godzina? Ciemno jeszcze i zimno przenikliwie.  Gaszę peta w hermetycznie zamykanym słoiku, który Zenek adaptował na pokładową popielniczkę starannie okręcąjąc szkło taśmą izolacyjną, by słoik na pierwszy rzut oka nie wyglądał jak słoik a jak jachtowa popielniczka z wyższej półki.

Schodzę na dół jeszcze raz krytycznie przyjrzeć się tablicy rozdzielczej. Milczy i nic nie wyje. Każda zęza ma swoją pompę automatyczną, która wywala wodę gdy tylko jej przybędzie ponad zadany poziom. Może ten alarm tylko zasygnalizował przepełnienie zęzy i działanie pompy? Może być, tylko dlaczego na jednym wskaźniku zasilania mam ciekłokrystaliczny napis, że idzie z lądu, a na drugim, że z przetwornicy? Mamy dwa kable zasilające dwie grupy obwodów. Oba wchodzą do fikuśnej skrzynki na pochylonej pawęży jachtu. Zresztą, nie spodziewałem się, że to taki wynalazek, dzisiaj jeden z pracowników stoczni bardzo mi dziękował, że pozwoliłem mu obejrzeć klapkę na rufie i nawet zrobić zdjęcia zawiasów. Ani chybi stocznia Lurbas wprowadzi patent do swojej produkcji. Zasilanie idzie od skrzynki przez przełączniki w garażu do przekaźników na szocie i dalej do tablicy rozdzielczej. Cholera. [...]  

Jest prąd. Resztę tamtej nocy spędziłem w koi studiując instrukcję obsługi w punkcie osuszania zęz pompami rozmaitymi. I schemat rurociągów też. Wydawało mi się, że słyszę plusk wlewającej się do kadłuba wody. Wyobraźnia to jednak potężny bodziec, drenaż mam już opanowany od a do z.    Zresztą to nie był koniec kłopotów z wodą tego właśnie dnia, bo dodatkowo się jeszcze skończyła woda w zbiornikach. Kibelek zagdakał rozpaczliwie i wcale nie chciał spłukiwać. Okazało się, że na niski stan wody pitnej nie ma alarmów.   Całe szczęście, że kran niedaleko i podłączenie, po niedawnym myciu pokładu, opanowane. Znowu ciemno. Ciekawe  dlaczego jak już coś się dzieje to jest ciemno, zimno i nieprzyjemnie? Podłączyłem węża do odpowiedniego wlewu i leję.

Leję i leję. Odpowietrzenie przy kuchennym zlewie bulgocze i leje się i leje. Po dwu godzinach lania i wysłuchiwania kanalizacyjnych odgłosów odpowietrznika, sięgam do instrukcji. Szczęściem przypomniało mi się ostrzeżenie wszystkowiedza by odkręcić sitko na rurze odpowietrznika, inaczej przepływ powietrza jest za mały i  się spręża w zbiorniku, podobno bardzo widowiskowo. Dalej bulgocze a ja szukam pojemności tych cholernych zbiorników. Trzy tony wody. No, nic dziwnego, że się tym cienkim strumieniem leje i leje. Zbiorniki na wodę są usytuowane w części dziobowej, po nalaniu trzech ton wody mamy wyraźny trym na dziób i włącza się alarm wody szarej. Cholera, to odpowietrzenie bulgocze i co jakiś czas wypluwa z siebie fontanny wody, może zalewam zęzy i woda przelewa się do zbiornika ściekowego? Tutaj alarm jest jak najbardziej. Syrena co prawda nie wyje ale za to terkocze sobie dźwiękiem przypominającym przytłumiony budzik. Im poziom ścieków wyższy tym szybciej terkocze. Na wskaźniku cyfrowym już dziewięćdziesiąt pięć procent zapełnienia, zaraz się przeleje. Nieco nerwowo zamykam dopływ wody z lądu. A trzeba uważać, bo hydraulicznie wysuwany trap pięknie błyszczy chromem i teakowym gretingiem ale jest bardzo wąski, w dodatku odsunięty od nabrzeża o dobre pół metra od czasu gdy nieco przecumowałem łódkę by się odsunąć od sąsiadów.

Teraz biegiem do maszynowni, do tej pompy co to ją trzeba wyłączać nogą inaczej bowiem może się rozlecieć. Ramiona pomiędzy rurociągi, śrubokręt w dłoń, palec na trzpień pompy by się nie wysuwał, śrubokręt do środka by podtrzymać przekładnię zębatą i pompujemy. Gdy palce drętwieją, wirujący trzpień przecina skórę na dłoni trzeba się troszeczkę wycofać ramionami by człowiek był jak najdłuższy a stopa na ślepo mogła trafić przełącznik, który trzeba przekręcić w odpowiednią stronę. Teraz już mam jakąś wprawę, ale z początku wcale nie było łatwo. Znowu obchodzę wszystkie zęzy, no bo skąd ten nagły przybór w zbiorniku szarej wody? Po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że to od przechyłu na dziób. Wskaźnik wcale nie pokazuje rzeczywistej objętości cieczy w zbiorniku i po prostu jest podatny na przechyły. Taka to automatyka i nowoczesność. Chyba jednak jutro uprasuję tę koszulę i spodnie. Teraz odgrzeję moją uniwersalną zupkę sprzed trzech dni i w spokoju spożyję ciepłą kolację...

Rano SMS  na służbową komórkę. - zadzwoń. Dzwonię.

- Tu tego, zaraz przyjedzie jakiś jeden ze stoczni w [...] by przygotować ofertę.

- Czemuś, mówię, wcześniej do mnie nie zadzwonił. Lodówka pusta, mam tylko herbatę i, nie wiem czy ciasteczka.

- Nie przejmuj się, on z tej stoczni co to tak skopała ten nasz jacht.

Po pierwsze, nie mój jacht, po drugie, ze stoczni czy nie ze stoczni, człowiek przecież. Rodak.

Ogarniam trochę by dookoła przyzwoicie wyglądało. Ponieważ sprzątam na bieżąco, to nie ma wielkiego kłopotu może tylko odkurzyć tu i ówdzie wielki salon, bo się trochę okruchów ze śniadania na podłogę posypało. Chleb mają tutaj okropny. W smaku nie umywa się do naszego i niby taki świeży, że przy krojeniu nożem strzela dookoła okruchami. Ale to tylko pozory bo pod skórka miąższ nie bardzo dobrej jakości. Dzwoni ten co ma przyjechać, okazuje się, że jest ich trzech i są czterdzieści kilometrów od portu. Jadą pod drodze z Hiszpanii do Mediolanu i zajadą też do mnie. Nastawiam więcej wody w czajniku, cztery kubki, herbatę sypię zenkową, tą co to mu

wiozłem z Polski bo mój Lipton właśnie się skończył i czekam.

Aj, robią zamieszanie.

Trzech takich koło trzydziestki, jeden może nawet mniej ciutek. Od razu fotografują, rzucają sie do zdejmowania podłóg, spuszczania wody z komory kotwicznej i naprawy zepsutego nawtexa. Mają tylko godzinę czasu. Wyjeżdżają po pięciu godzinach bieganiny i całkiem przyjemnej rozmowy.

- Eeee, tam nasza oferta będzie pewno droższa od tutejszych bo oni tutaj na miejscu, a my musielibyśmy przyjechać.

Tymczasem na dworze powolutku, powolutku skrada się zima. Ze względu na to zdejmowanie podłóg, bieganie tam i z powrotem pomiędzy dziobem a rufą, z powrotem do wnętrza i a piać dookoła, wyłączyłem termowentylator i pierwszym objawem zimy jest chłód w kabinie. Ale od czego specjaliści, którzy wybudowali ten statek. Odpalają agregat i uruchamiają klimatyzację, która ma to do siebie, że oprócz chłodzenia może tez grzać. No i grzeje. Co prawda musi być włączony cały czas agregat, bo przyłącze z lądu przenosi zbyt małą moc by urządzenie mogło bez przeszkód działać. Rura wydechowa pluje spalinami w wodę i hurkot niesie się po całym porcie, we wnętrzu tego nie słychać słychać natomiast tłoczące ciepłe powietrze wentylatory, za to mam swoją linę obrony przed zimą, która według internetowej prognozy, tuż tuż.

Ekipa macha na pożegnanie i przez bulgotanie wody z rury wydechowej generatora życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt. Idę na zakupy, bo ekipa stoczniowa zajęła cały dzień. Robi się ciemno, a ja chcę kupić parówki. Parówek nie ma w najbliższym supermarkecie więc z internetowego planu ściągam lokalizację drugiego i idę. Robi się ciemno, chodnik się kończy, przede mną wiadukt wiodący łukiem do nieba, co dalej, nie wiadomo...

Kiedy wracam zaczyna padać deszcz. Nastawiam ten mój makaron, włączam generator prądu i ogrzewanie. Deszcz na dworze zamienia się w śnieg, który  pokrywa białą warstwą stoły w kokpicie, zwoje zawieszonych na relingu cum, kabestany.

Jest jednak problem. W ciasnej maszynowni woda z obiegu wtórnego silnika agregatu kroplami pada na gretingi podłogi i do zęzy, gdzie pływa sobie w rytm przechyłów jachtu pokryta cienkim olejowym filtrem. Mam co prawda łódkę nagrzaną, ale po odstawieniu na noc wszelkiego grzania powoli robi się zimno. Chwalę sobie swoją przezorność ubraniową bo noc spędzam cieplutko jak już dawno nie było. Aż się wierzyć nie chce w zimno poranka kiedy na drugi dzień wyskakuję z koi znowu do nowych działań. Tak naprawdę to dzień odpoczynku, nie chce mi się żadnych nowych działań i chociaż miło było pogadać sobie swobodnie po polsku to jednak wczorajszy najazd był dosyć męczący. Odpalam od czasu do czasu agregat i staram się nie pamiętać o tej kapiącej do zęzy wodzie. Wieczorem niespodzianka, działający dotychczas jak złoto agregat chwilę po odpaleniu się odstawia i milczy jak zaklęty. Rozrusznik obraca silnikiem ale ten nic. Gramolę się do maszynowni, na panelu kontroli silnika pali się diódka oznaczająca niski poziom oleju. Mści się niebywale ciasna zabudowa maszynowni. Mści się zaniechaniem niewygodnych czynności obsługowych. Agregat wygląda jak lodówka wciśnięta pomiędzy burtę a silnik główny. Przed tą lodówką jeszcze, na specjalnych wspornikach rozbudowana instalacja elektrycznych podłączeń. Chwile główkuję i zabieram się za rozkręcanie obudowy. W najbardziej dostępnym miejscu widać przykręconą na cztery imbusowe śruby pokrywę. Rozkręcam toto i, jak kula w płot. Dostaję się do przedziału alternatora, silnik mieści się dokładnie za tymi szynami elektrycznymi. Żeby zdjąć pokrywę, tym razem przytrzymywaną na automatycznych zatrzaskach trzeba się nagimnastykować.

Jeden zatrzask z jednej strony silnika, drugi z drugiej. Staram się przecisnąć nad głowicą silnika głównego. Raz to się udaje, ale dla samego zdjęcia pokrywy muszę wędrować tam i z powrotem trzy razy. Docieram do bagnetu, który pokazuje to samo co diodka czyli niski poziom oleju. Silnik z pewnością ma blokadę i kiedy wchodzi alarm to automat odcina dopływ paliwa. Nie ma grzania. Szukam w achterpiku i znajduję... dwie bańki z dwoma różnymi olejami. Ot i zagadka, który do którego silnika. Na jachcie są cztery silniki. Jeden główny, dwa agregaty i jeden jeszcze pomocniczy w achterpiku. Zenek przed wyjazdem wskazał ręką bakistę w mesie, że tam niby są wszystkie instrukcje. No to przewracam wszystko do góry nogami. Jest instrukcja ekspresu do kawy, telewizora i systemu nagłośnień w kabinach. Malutkie książeczki instrukcji obsługi kabestanów i kuchenki elektrycznej. Instrukcji obsługi silników nie ma. Nie będę lał tego co nie wiem co mam lać, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Przez Skypa rozmawiam z Zenkiem. Aaaa, no tak, instrukcje obsługi silników są w innej bakiście. Nie mówiłem Ci?

NIE. - No tak, no tak.

Leję w końcu olej mineralny, ten którego jest niepełna bańka. Z laniem też są jaja. Czynność pozornie prosta, odkręcić korek wlewu, wlać, zakręcić. Nie tak prosto, przestrzeni jest tak mało, że nie można przechylić bańki bo zahacza o sufit i nic się nie leje. Trzeba najpierw przygotować lejek z butelki po wodzie mineralnej a do lejka lać z drugiej części odciętej butelki. Wszystko to w półwisząc nad silnikiem głównym, kolanem zapierając się o akumulator, jedną ręka owiniętą dookoła szyny napięciowej a drugą w powietrzu. I pomyśleć, że ja kiedyś narzekałem na bajecznie proste wyłączanie nogą pompy ściekowej. Ponieważ automatyczne zatrzaski były automatyczne pół roku temu a teraz w kontakcie ze słona morską wodą przestały być automatyczne to założenie dźwiękoszczelnej obudowy znowu trwa jakiś czas i znowu wymaga wężowych ruchów w ciasnej przestrzeni pomiędzy wtryskiwaczami a silnikiem. Wredna diodka nie chce zgasnąć. Poziom oleju już jest ok. bo sprawdziłem efekty mojego działania  odpowiednim bagnetem a czerwony alarm cały czas się pali i tylko rozrusznik bezsilnie kręci silnikiem. Musi być jakaś metoda gaszenia alarmu. Tylko jaka? Idę po rozum do głowy i do głównej tablicy rozdzielczej, która się mieści... w kambuzie. Tam na wypadek pożaru jest główny odłącznik prądu, który wyłącza wszystko.

Wszystko tylko nie moja diódkę na panelu agregatu - w siłowni. Przywracam zasilanie ale termowentylator nie kręci. Przeniesiony do innego gniazdka, owszem. Zatem bezpiecznik. Znowu wężowym ruchem nad silnikiem, bo główną tablicę rozdzielczą bezpieczników konstruktor ulokował w najmniej dostępnej części maszynowni.

Ok, zasilanie gniazdka termowentylatora jest i diódki czerwonej również jest, bo bestia pali się cały czas pełnym blaskiem. Skoro nie pomogło odłączenie zasilania całego jachtu to musi być jakieś odłączanie akumulatora rozruchowego, który pewno zasila panel sterujący silnika. Kartkuję instrukcję napisaną tak by na trzystu stronach niczego nie napisać i w końcu znajduję to czego szukałem.

Trzeba ZDJĄĆ KLEMĘ...

Jeszcze tylko zlokalizować w terenie, czyli w pełnej zakamarków maszynowni i... gaśnie kontrolka a lekkie naciśnięcie rozrusznika w cudownie prosty sposób uruchamia generator. Jest ciepło, chociaż oczywiście woda nadal kapie do zęzy. Ale to już do usunięcia następnym razem. Według prognoz od jutra ma być cieplej i cieplej do osiemnastu stopni nawet. Może ogrzewanie nie będzie tak potrzebne. Na razie jest noc, śnieg przymarznięty do blatów stołów w kokpicie, mesa huczy od wentylatorów a po uśpionym porcie niesie się bulgot z rury wydechowej mojego generatora ciepła.

 

Jarosław Czyszek

 

Ten artykuł pochodzi ze strony:
JERZY KULIŃSKI - ŻEGLARZ MORSKI
Subiektywny Serwis Informacyjny
http://www.kulinski.navsim.pl

URL tego opowiadania:
http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=3445