IWONA i MAREK TARCZYŃSCY TAKŻE NA HELGOLANDZIE
Pewnie dręczy Was pytanie – gdzie jeszcze Tarczyńscy nie byli ? W Europie trudno się takich rejonów doszukać. No może jakieś tam prowincjonalne porty – Haparanda, Narva ….

Chyba też nie sforsowali dotąd Kanału Gota ani Isefjordu.

Gdzie już byli w SSI opisali.

Helgoland – perełka przedsionka Morza Północnego jest ciekawa.  Ten news ma być zachętą do rejsu w przyszłym sezonie.

Przy okazji przypominam, że Iwona i Marek to żeglarze małego jachtu z Zalewu Zegrzyńskiego.

Żyjcie wiecznie !

Don Jorge

----------------------------------------------

WYPRAWA NA HELGOLAND

10.07 – 07.08.2017

Na Helgoland ciągnęły nas zarówno ochota pożeglowania po obcych wodach, jak też  chęć poznania miejsca, w którym zakończył życie wybitny Rodak, generał Ignacy Prądzyński. Jeden z najbardziej znanych strategów w dziejach wojskowości polskiej. Odegrał wybitną rolę w wojnie z Rosją 1831 r., był znakomitym pamiętnikarzem, inżynierem i co ważne dla żeglarzy – projektantem i budowniczym Kanału Augustowskiego. Śmiertelnie chory i cierpiący generał przybył na Helgoland pod koniec lipca 1850 r. w nadziei, iż podratuje gasnące zdrowie kąpielami morskimi w znanym uzdrowisku. Nadzieje były płonne – zmarł tam 4.08.1850 r. mając zaledwie 58 lat.

5.07. załadowaliśmy "Cerberynę Milę 3" (Supero 800) na lawetę i ruszyliśmy z Załubic nad Zalewem Zegrzyńskim do Szczecina Dąbia, do przystani Pogoń (50 PLN).


Pierwszy odcinek do Trzebieży – szaro i mgliście.  Na początku Roztoki Odrzańskiej dopadła nas burza, z ulewą, piorunami i silnym wiatrem. W strugach deszczu cumowaliśmy w marinie SUM (16,97 PLN).

Zła pogoda skłoniła nas do wyboru trasy po wodach osłoniętych, tj. przez Zatokę Graifswaldzką. Rano, już bez deszczu i z  umiarkowanym wiatrem z NW, wzięliśmy kurs na Peenestrom. Tam zrobiło się słonecznie i ciepło. Relaksowe żeglowanie skończyło się jednak na wysokości zatoczki Kruminner Wiek. Od zachodu nadciągał czarno granatowy pas chmur. Sprzątnęliśmy żagle. Zrobiło się ciemno i lunęły potoki wody. Szkwał z ulewą nie trwał dłużej niż pół godziny. Po 20.00 doszliśmy do mostu w Wolgast i przycumowaliśmy przy polskim jachciku Meltemi (10 E).

O 1250 otwierają most, więc ruszamy do Stralsundu. W połowie drogi między Wolgast a Peenemünde znów nadciągnęły deszczowe chmury, a wraz z nimi mgła, szczególnie dotkliwa, gdy wyszliśmy na Zatokę Graifswaldzką. Tu wszystko tonęło we mgle. Warto brać bardzo poważnie przestrogę Jurka Kulińskiego dla tego akwenu, locyjka "Göteborg, Oslofjord i całkiem blisko", 2004 r. Po 1700 osiągnęliśmy zwężenie stralsundskie – Strelasund, a o 1900, przy silnym wietrze z W, zawinęliśmy do mariny Neuhof (15 E). W nocy ulewa, wiatr  gwiżdże w wantach.

Śpimy do 0900. Wychodzimy z mariny o 1400, by zdążyć na otwarcie mostu w Stralsundzie o 1520. Mimo deszczu i przeciwnego wiatru płyniemy uparcie do mariny  Barthöf. Idziemy na silniku między płyciznami Kubitzer Bodden i Prohner Wiek. O 1800 stajemy w Barthöf (16E).


Iwona w Kanale Kilońskim

.

Następnego dnia skoro świt torem wodnym wychodzimy na przesmyk bałtycki wyspy Beck i bierzemy  kurs na port Gedser w Danii. Wiatr słaby, z NW, z odchyleniem na N. Akwen Parku Narodowego był zaraz po II wojnie składowiskiem amunicji. Z tego powodu wyłączony jest z rybołówstwa i kotwiczenia. Ok. 15.00 zaczęliśmy przekraczać tor żeglugowy, dziś wyjątkowo ruchliwy. O 1600 nawigowaliśmy już na wejściowe boje do Gedser, a przed zmierzchem cumujemy w marinie (130 DKK).

Na Zatoce Meklemburskiej pogoda dopisuje. Wieje z NW, 3B, więc kursem na SW możemy iść baksztagiem, na pełnych żaglach. Już o 1500 widzimy zarys wyspy i most Fehmarn, a po 12 godzinach spokojnej żeglugi, wchodzimy do miejskiej mariny Heiligenhafen (12 E). Tu dostajemy sms, że Colonel, prezes SAJ, stoi „Tequilą”  przy pomoście 5. Umawiamy się wieczorem w pobliskiej restauracji. Na nabrzeżu moc ludzi, kramy, muzyka. W restauracji przemiłe spotkanie z załogą Tequilli. Przy kuflu piwa popłynęły wspomnienia, m.in. na naszą prośbę, o Mamie Colonela, sławnej żeglarce, Teresie Remiszewskiej i całej rodzinie Chramców, wielce zasłużonej dla Zakopanego. Jutro załoga „Tequili” płynie do Danii, my do Laboe.

Ruszamy o 0730. Początkowo dało się płynąć półwiatrem (wiatr 4B z S). Niestety, gdy minęliśmy rozlewisko Hohwachter Bucht, Zatoka Kilońska stała się niełaskawa - przyszła ulewa,  wiatr zakręcił na W, fale duże, mgła. Żegluga mało przyjemna, ale postanowiliśmy minąć Laboe i iść wprost do śluzy  Holtenau. Trzeba zachować tu wzmożoną uwagę, bo z różnych stron zdążają do śluzy i portów w Kilonii liczne jachty, promy i wielkie statki frachtowe. Znów kłania się J. Kuliński, Przedsionek Morza Północnego, 1999. Śluzę przechodzimy po krótkim wyczekiwaniu, bezpłatnie i 5 Mm za nią, tj. na 87 km Kanału Kilońskiego, stajemy przed 19.00 na kotwicowisku.

Kanał Kiloński pokonujemy w dwa dni, z postojem bezpłatnym w porciku w Giselau. Drugiego dnia, tj. 18.07. o 1330 cumujemy w marinie miejskiej w Brunsbüttel (8 E). Tu składamy wizytę w domu Małgosi i Jacka Powałowskich, którzy zawsze nas wspierają, gdy płyniemy po wodach niemieckich.

Na roztokę Łaby przeszliśmy „małą śluzą”. Prąd pływowy i wiatr 4B z SE, dają nam dużą szybkość. Do Cuxhaven zawinęliśmy przed 14.00  do mariny Jacht Klub SVC (13 E). Wraz z nami nadciągnęła burza z piorunami, wiatrem i deszczem. Wpływające po nas jachty miały już spore kłopoty z bezpiecznym dobiciem. Wieczorem kolejny raz przeglądamy materiały, dotyczące żeglowania z Cuxhaven na Helgoland, głównie Nautical Almanac 2011, przewodnik Jurka Kulińskiego, "Przedsionek Morza Północnego", 1999 oraz tabelę pływów.  Wszystko wskazywało, że przy aktualnym kierunku i sile wiatru (4B z SE) na  odpływie gładko dojdziemy na żaglach na wyspę.

  

Mapka i planik z locyjki "Przedsionek Morza Północnego"

.

Rano, 20.07. niebo pochmurne, siąpi deszcz, ale wiatr, na szczęście, 4-5B z SE. Ruszamy z odpływem, a wraz z nami przeszło 20 dużych jachtów. Za główkami wszyscy, jakby na komendę, stawiają żagle i robi się biało jak na regatach. Cerberyna - Mila jest najmniejsza i najwolniejsza, więc co chwila ktoś wyprzedza nas. Na koniec majestatycznie przechodzi obok nas trzymasztowy żaglowiec holenderski,  z wielkim banerem na rei, poświęconym 500-leciu reformacji. Na wysokości stawy Grosser Vogelsand kreślimy kurs wprost na Helgoland i włączamy autopilot. Pogoda zaczęła się poprawiać, widoczność lepsza, między chmurami prześwituje słońce. O 16.00 zaczyna majaczyć na horyzoncie wyspa. O 18.00 wchodzimy do awanportu Südhafen, czyli przedwojennej bazy Krigsmarine. Cumujemy burta w burtę na czwartego (12 E). Helgoland – tektoniczne  wypiętrzenie skał, wielkości małego folwarku – 1 km2 powierzchni, ok. 3000 stałych  mieszkańców. W  XVIII w. sztormy i prądy pływowe oddzieliły wydmową wysepkę Düne.   Dramatyczne dzieje, opisane w pasjonującej literaturze, Okruchy Historii: Helgoland – Malutka  wysepka  o wielkiej historii. Zob.  http://okruchyhistorii.blogspot.com/2017/07helgoland-malutka-wysepka-o-wielkiej.html


Dune widziane z Helgolandu

.

Gdy gen. Prądzyński przybył na wyspę była ona morskim kurortem, we władaniu brytyjskim. W lipcu 1890 r. Brytyjczycy przekazali ją Niemcom, w zamian za koncesję w Zanzibarze. Od tego czasu rozpoczęło się przekształcanie jej w bazę wojenno – morską. Pracami interesował się cesarz Wilhelm II i kilkakrotnie osobiście ją odwiedzał. Do wybuchu I wojny światowej powstał port dla 90 torpedowców, osłonięte stanowiska dla okrętów podwodnych i samolotów, koszary, magazyny, składy amunicji i paliwa, szpital.. Wszystko to wykute w skałach w postaci bunkrów i tuneli. Zamontowano najgroźniejsze uzbrojenie artyleryjskie, m. in. 20 dział i haubic 150 – 350 mm, 26 dział 37 -105 mm oraz gniazda karabinów maszynowych. Istniała możliwość pokrycia całej wyspy zasłonami dymnymi. Garnizon bojowy liczył ok. 4 tys. żołnierzy. Wyspa w I wojnie światowej nie odegrała ważniejszej roli, pomijając kilka drugorzędnych epizodów. Po traktacie wersalskim zdemilitaryzowana. Wrócili mieszkańcy, eksmitowani do Hamburga, a  wraz z nimi pensjonaty i hotele. Znów stała się uzdrowiskiem.


Tablica pamiątkowa

.

W latach 1935 -1937, już pod panowaniem Hitlera i NSDAP, przeprowadzono pracę nad rewitalizacją infrastruktury wojennej. Do wybuchu II wojny światowej powiększyła się bardzo podziemna, wykuta w skałach, sieć bunkrów bojowych, koszarowych, logistycznych oraz schronów dla całej ludności i garnizonu – kilkanaście kilometrów tuneli. Uzbrojenie artyleryjskie znacznie przewyższało to z czasów I wojny. Zamontowano ponad 100 dział, od 20 mm pelotek po 305 mm działa dalekiego zasięgu. Na Düne zbudowano lotnisko dla eskadry rozpoznawczej. Główną siłę stanowiły jednak bazujące tu niszczyciele i dobrze chroniona flotylla okrętów podwodnych.

Podobnie jak poprzednio w II w ś wyspa nie odegrała większej roli. Artyleria przeciwlotnicza odpierała sporadyczne naloty. Flota zaś współdziałała w kilku udanych pomniejszych akcjach. Dramat wyspy rozegrał się 18 kwietnia 1945 r. - nad wyspą pojawiło się prawie 1000 alianckich bombowców. Blisko 700 falowo atakowało Helgoland, pozostałe Düne. Nalot trwał godzinę i 3 kwadranse, zrzucono ok. 7 tys. bomb. Powierzchnia wyspy obróciła się w perzynę, ale większość schronów i tuneli została nienaruszona. Zginęło ok. 140 osób. Po nalocie ewakuowano ok. 2 tys. cywilów. 11 maja 1945 niemiecki garnizon w sile 3200 żołnierzy opuścił wyspę. Helgoland znów objęli Brytyjczycy. Ludność cywilną wysiedlono całkowicie, a wyspa stała się poligonem lotniczym RAF. W 1947 r. zdecydowano się wysadzić wyspę w powietrze, biorąc pod uwagę, iż miała ona tendencje do samoistnego osuwania się w morze. Zgromadzono blisko 4 tys. ton materiałów wybuchowych, głównie w postaci bomb, torped, amunicji. Detonacji dokonano 18 kwietnia 1947 r. Wprawdzie wyspa została na swoim miejscu, ale spore jej kawałki osunęły się do  morza, wraz z tym, co było na powierzchni, m.in. cmentarz. Nadal była poligonem. Dopiero po licznych protestach ludności i oficjalnych staraniach rządu niemieckiego 1 marca 1952 r. Brytyjczycy zwrócili ją Niemcom. Po kilkunastu latach Helgoland stał się ponownie „niemieckim klejnotem na M. Północnym”.

Ranek, 21.07.(piątek), zapowiada piękny dzień. Idziemy zwiedzać wyspę i poszukiwać śladów po generale. Być może w księgach parafialnych natrafimy na jakiś zapis. Parafie są dwie: katolicka, powstała po II wojnie i stara ewangelicka. Jednakże kancelaria tej ostatniej zamknięta do jesieni, bo remont. Wobec tego robimy obchód cmentarza – same powojenne pochówki, ale pod murem cmentarnym całe ciągi starych nagrobków, pochodzących ze schyłku XIX wieku. Wcześniejszych brak. To by znaczyło, że najstarsze tereny cmentarza zostały całkowicie zniszczone. Z relacji Ani Powałowskiej wiemy, że po 1952 r. rozpoczęto zbierać, rozrzucone przez bombardowania i naziemne detonacje, szczątki ludzkie. Ponieważ identyfikacja była niemożliwa, chowano je w Miejscu Pamięci na Düne.

Wsiadamy do małego promu i za 5E od osoby (w obie strony) płyniemy na tę wysepkę. Fantastycznie zagospodarowana: porcik, kilka kolonii kolorowych bungalowów, hotelik, lotnisko, urządzenia rekreacyjne, restauracja, bistro i plaża dla fok i ludzi. Drewniane chodniki wśród wydmowej roślinności, pełzających iglaków i łanów dzikich róż. Odnajdujemy Miejsce Pamięci, z okazałym dzwonem w centrum. Legenda mówi, że jeśli uderzy się w dzwon, to objawi się dusza człowieka, o którym pomyślimy. Marek pociągnął za sznur. Rozległ się niski, drżący ton – przez moment staliśmy w jakimś podniosłym skupieniu.

Wracamy na Helgoland i fotografujemy płytę, poświęconą gen. Prądzyńskiemu. Umieszczona jest w centralnym punkcie przy dworcu morskim, w doborowym towarzystwie – z prawej płyta cesarza Wilhelma II, z lewej płyta poety Heinricha Heinego i popiersie twórcy niemieckiego hymnu, Augusta Heinricha Hoffmana. Pomysł upamiętnienia generała wysunął pół wieku temu dr inż. Janusz Grochulski, dyrektor Centralnego Urzędu Gospodarki Wodnej. W 2000 r. temat podjęło Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Wodnych i Melioracyjnych. W 2004 r. przedsięwzięcie zrealizowano, przy współudziale wielu polskich instytucji  i stowarzyszeń oraz władz Helgolandu.

 Jedziemy windą w górne partie wyspy (Oberland), by sfotografować Düne i nabrzeża. Na dole jeszcze Muzeum Helgolandu i spacer wzdłuż klifów do Długiej Anny. Helgoland to dziś wyspa szczęśliwa. Pensjonaty o najróżniejszym standardzie, czerwone klify, soczysta zieleń, ciągi różnokolorowych, małych domków, otoczonych kwiatami – wywierają niepowtarzalne wrażenie. Z Helgolandu do Cuxhaven  wychodziliśmy z przypływem. Wiatr 14 -18 w, początkowo z SE, przechodzący stopniowo na S i SW. Gdy przybiliśmy do mariny Jacht Klub SVC (17 E) lunęło potężnie. Rano przemieściliśmy się do sąsiedniej mariny City (15 E), w której będziemy mieli przegląd silnika. Obsługa serwisowa została przeprowadzona szybko i tanio przez Boats Und Schiffswerft, ale płynąć dalej nie możemy, bo zaczyna się odpływ. Musimy czekać do jutra.

We wtorek, 25. 07, żegnamy Cuxhaven i w drugiej godzinie przypływu (11.00) ruszamy do Brunsbüttel. Warunki niezbyt korzystne. Wieje z SE 4B, w porywach do 5 – ostry bajdewind. Z niskich, czarnych chmur siecze deszcz. Wpływamy w otwarte wrota śluzy, przy silnym prądzie pływowym, znoszącym na prawą główkę. Na noc stajemy w przyśluzowej marinie (5,50 E). Ok. 17.00 pojechaliśmy z Jackiem Powałowskim na wystawny obiad. Dostaliśmy też  wałówkę na drogę. Nazajutrz opuszczamy o 9.15 marinę i po 7 godzinach nudnej, kanałowej żeglugi, w deszczowej pogodzie, cumujemy w marinie Rader Insel, na 67 km Kanału Kilońskiego (10E).  Wieczorem składamy życzenia wszystkim znajomym nam Annom i Hannom. Resztę kanału pokonujemy, pomagając sobie, zgodnie z przepisem, „jednym żaglem”. Przy wchodzeniu do śluzy Holtenau lunął deszcz i potężnie dmuchnęło, prosto w otwarte wrota. Cumowanie do śliskich, pływających pomostów utrudnione. Przed wieczorem stajemy w marinie Baltic Bay, w Laboe (15E).


Cisza przed sztormem

.

Znów przez Zatokę Kilońską płyniemy na wyspę Fehmarn.  Wiatr z SW, silny, świeci słońce. Idziemy baksztagiem. Potem wiatr zmienił kierunek na NW i przybrał na sile. Od 14.00 zaczęły nękać nas sztormowe szkwały i dotkliwe ulewy. Skróciliśmy maksymalnie żagle, bo istniała obawa, że wiatr spowoduje awarię. Zmoczeni dotarliśmy po południu do mariny Burgtiefe, w Burgu (11,50 E x 2).  W ruch poszły grypowe leki. Za dużo wilgoci i wiatru.  Było nam miło, gdy odezwał się wieczorem Colonel.  Sprawdził, czy po takiej ulewie jesteśmy w Burgu cali i zdrowi. Chyba trochę  niepokoił się o członków SAJ.   

Stoimy w Burgtiefe. W nocy poprawialiśmy cumy, bo wiatr mocno dociskał do pomostu. Wprawdzie po południu deszcz nieco sfolgował, lecz wiatr  był nadal silny. Dopiero w niedzielę (30.07) odchodzimy do Gedser w Danii. Wiatr z SE, 13 w. Płyniemy półwiatrem. Całą drogę padało, a po wejściu do mariny (190 DKK) przeleciała burza, z wielkim hukiem i wiatrem.

Mimo że leje i jest chłodno - decydujemy się płynąć do Świnoujścia przez Stralsund. Wykreślamy kurs na latarnię Gellen, stawiamy żagle, włączamy autopilot. Wiatr 4B z NW, słabnący do 2. O 12.00 pokazuje się słońce, więc przy dobrej widoczności przechodzimy tor żeglugowy,  obszar parku narodowego i wchodzimy na tor wiodący do przesmyku Beck. Dalej do Stralsundu, jak po sznurku. Mając w ręku locyjkę Jurka Kulińskiego, Göteborg…, zawijamy do mariny City Stralsund (13,50 E). Wieczorem zwiedzamy Stare Miasto i port. Starannie fotografujemy żaglowiec Gorch Fock, który powrócił ciekawą drogą do Niemiec, po blisko 50 – letnim pobycie w ZSRR i Ukrainie ( był Towariszczem), jako składnik niemieckich reparacji.

O 0820 otwierają most stralsundzki, więc ruszamy do Świnoujścia, przez Zatokę Greifswaldzką i Pomorską. Droga zaczyna się, jak zwykle, z deszczem lecz wkrótce niebo staje się błękitne i na Zatokę Greifswaldzką wychodzimy w pełnym słońcu. Jest pięknie. Ok. 14.00 osiągamy wysepkę Ruden i przechodzimy w obszar Zatoki Pomorskiej. Teraz kurs na Świnoujście – żagle „na blachę”, autopilot i możemy spokojnie pomyśleć  o rocznicy Powstania Warszawskiego. Pod wieczór zawijamy do mariny MOSIR w Świnoujściu (37 PLN). Witają nas roje komarów.

Do Kołobrzegu idziemy, omijając dużym łukiem strefy 13 i 12. Wiatr z NW, 3B, ale całą drogę zacina deszcz. Przed 19.00 zawijamy do kołobrzeskiej mariny, do basenu gościnnego (35 PLN). Zwiedzamy przyportowe obiekty i jesteśmy zaskoczeni wielkością wykonanych tu inwestycji.

Do Ustki płyniemy kursem przybrzeżnym, w bezwietrznej i mglistej pogodzie. Ok. 13.00 dość niespodziewanie uderzyły z SW silne szkwały i wypiętrzyły się wysokie fale. Sprzątnęliśmy grota i zrefowaliśmy genuę do 7 m2.  Do portu, jak na te warunki, wchodzimy bez kłopotów. Kładka otwarta. W nowej przystani dyżurny bosmanatu wskazuje miejsce (30 PLN). Wieczorem przeszła gwałtowna burza, z ulewą i piorunami.

Nazajutrz odchodzimy do Łeby. Za główkami potężne fale, wiatr z SW, 5, w porywach 6B. Stawiamy grota, skróconego do 3 refu i ćwiartkę genui. Kiedy wiatr zakręcił na W, musieliśmy sprzątnąć grota, bo zaczęły się niekontrolowane „rufy”. W główki Łeby wchodzimy, skacząc w plątaninie odbijających się od falochronu potężnych fal (40 PLN + 10 prąd). Wieczorem spacer po „starych kątach” i spotkanie z czterołapym „Bosmankiem”, kiedyś partnerem Mili w portowych harcach, dziś siwobrodym staruszkiem. Nadal sztormowa aura. Stoimy. Colonel informuje, że za nami idzie "Tequlla". Jest w Kołobrzegu i szykuje się do Darłowa. Wieczorem idziemy na chwilę zadumy pod krzyż, poświęcony rybakom, marynarzom i żeglarzom, którzy nie powrócili z morza. Myślimy także o ofiarach „Güstlofa”.

Skoro świt odbijamy do Władysławowa. Wiatr 5B, w porywach znacznie więcej, z SW i W. Płyniemy na mocno zrefowanej genui. Fala bardziej agresywna, niż przedwczoraj. Do portu wchodzimy, wykonując rytualne okrążenie zachodniego falochronu. Ze względu na ostrzeżenie o sztormie zostajemy zwolnieni z opłaty portowej. Odwiedzamy Sanktuarium Matki Boskiej Swarzewskiej. Odczytujemy nazwiska w Alei Gwiazd i zjadamy rekomendowany przez Colonela żurek polski (9 PLN) w restauracji „Przystań pod Strzechą”. Jutro, tj. 7.08 w poniedziałek, ostatni dzień wiatru SW.

Przed 0700 morze w miarę spokojne. wiatr zimny z SW, 4B.  Stawiamy tylko genuę i relaksowo płyniemy do Górek Zachodnich. Przed główkami włączamy silnik. Jacht wpada w wibrację. Kontrowanie wstecznym nie pomaga. Wpływamy ostrożnie na gościnne miejsce w AKM-ie. Wita nas serdecznie bosman Jasiek i pomaga dobijać (45 PLN). Pod wieczór zabieramy się do klarowania łódki. Ładowanie w NCŻ. Przy sadowieniu łodzi na lawecie widzimy przy śrubie maleńki warkoczyk nylonowej siatki, wczepiony w szparę uszczelki. Ruszamy o 16.00. Z żalem żegnamy morze i ludzi, z którymi nas związało. O 1.00 jesteśmy w domu.

Rejs trwał 29 dni. Przepłynęliśmy 856 Mm przez 3 kraje. Zaliczyliśmy 22 porty, dwukrotnie: Cuxhafen, Gedser, Brunsbüttel.


Mapka z locyki "Przedsionek Morza Północnego"

.

-------------------------------------

Co wiemy, a czego nie wiemy o pobycie i śmierci generała Prądzyńskiego na Helgolandzie:

Przybył na wyspę pod koniec lipca 1850 r. Początkowo przebywał w pensjonacie, z którego z powodu uciążliwości (jęków) przeniesiono go do rybackiej chaty. W chacie znajdował się pod opieką dwóch miejscowych rybaczek i rodaczki p. Niemirycz. Odbył pewną ilość kąpieli morskich.

Co do śmierci generała istnieją 2 wersje. Jedna z nich mówi, że zmarł w pełni świadomości w chacie rybackiej w obecności kilku osób. Inna, że utonął w czasie kąpieli. Dziś nie da się ani potwierdzić, ani odrzucić żadnej z nich. Jeśli generał utonął to być może ciało nie zostało w ogóle wyłowione z morza, a pogrzeb jeśli był, to miał charakter symboliczny. Jeśli zaś prochy generała spoczęły na cmentarzu helgolandzkim, to mogiła pozostawiona bez opieki przestała istnieć, a po wybuchu w 1947 r. wraz z cmentarzem, osunęły się do morza.

Nie można wykluczyć, że prochy generała spoczywają nadal wśród nieodnalezionych szczątków na cmentarzu przykościelnym lub że przeniesione zostały na wyspę Düne.

Iwona + Marek

======================================================================================================================

Na specjalne (dodatkowe)  życzenie Iwony i Marka wklejam  locyjkową mapkę podejściowa do Stralsundu.

Don Jorge


 

                            

 

Komentarze
podejście do Stralsundu Jerzy Kuliński z dnia: 2017-09-21 11:30:00
A JEDNAK BYLI I NA KANALE GOTA Wojtek Zaborowski z dnia: 2017-09-22 08:40:00