
Cieszę się niepomiernie, że jednak udało mi się nakłonić mojego Przyjaciela Mieczysława Krause do rozważań o zadach i waletach nowoczesności nawigacyjnych. Do tego dochodzą jeszcze inne, niechybne zagrożenia, jako że kacapy już się wprawiają w zakłóceniu np. systemu GPS. A GPS to tylko fragmencik uzależnienia w wszechogarniającej cywilizację informatyki. Informatyka rządzi już wszędzie. Nawet na skrzyżowaniach wcale nie najważniejszych ulic powiatowych miasteczek. Z przerażeniem myślę np. o zagrożeniach operacji bankowych przelewów czy zakupów przy użyciu kart płatniczych. A jeszcze łączność czy bezpieczeństwo danych w „chmurach”. A co z ruchem statków? A co z ruchem samolotów?
Drodzy nawigatorzy – bądźcie czujni. Pamiętajcie o papierowych mapach, kompasach, kątomierzach i logach. Kacapy podstępnie szykują kolejne uderzenia. Już zaczynają hybrydowymi zaczepkami.
Nie traktujcie tego wstępu jako krakania. Ja ich znam, jak nikt. Mój Ojciec leży w podkijowskich Piatichatkach.
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
=================================
Zmiana narzędzi nawigacji, czy stanu umysłu nawigatorów?
.
Jakiś czas temu Wielce Szanowny Don Jorge przyatakował mię sugestią napisania o narzędziach i metodach nawigacji z czasów naszej pierwszej młodości, czyli sprzed pół wieku. Choć była to propozycja nie do odrzucenia, oparłem się jej, bo czym tu miałbym zabawiać i przekonywać współczesnych, mistrzowskich w nawigacji elektronicznej żeglarzy? Logiem burtowym dla przykładu, wg wzoru V = 2L/t, gdzie V – szybkość łódki w węzłach, L to jej długość w m, t – czas w sekundach pomiędzy minięciem przez dziób, a potem rufę czegoś wyrzuconego przed pędzącą łódkę – butelki, drewienka itp.? Ewentualnie bardziej zaawansowanym technicznie logiem
wleczonym, w postaci propelerka na lince, nakręcającego mile na liczniku
„analogowym” umieszczonym na rufie, a szybkość wychodziła z podzielenia mil
przez czas? Albo ickami na wantach jako wiatromierzem, czy sondą – ołowianym ciężarkiem na sznurku rzucanym przed dziób, by dotknął dna gdy sznurek był w pionie, z przewiązanymi co 5 m kolorowymi opaskami wg formuły „niebo-dach-ściana-piach”, czyli niebieską, dalej czerwoną, białą i żółtą? Ciężarek w kształcie kroplowym miał od dołu wgłębienie wypełnione łojem, do pobierania próbek dna – istotna wskazówka wg mapy, gdzie się jest, albo nie jest. A może wypada wspomnieć o wyłącznie papierowej nawigacji, w przypadku braku słońca bez kontaktu z czymkolwiek, pozwalającym określić bądź choćby sprawdzić pozycję, więc opierając się na zliczaniu drogi na mapie wg logów jak wyżej? Tak, tak, podśmichujcie się, lecz dawaliśmy radę, że wspomnę przejście w r. 1979 elbląskim „Szafirem” 460 mil z Edynburga do Helgolandu, nawigując zliczeniowo bez słońca i sekstantu, a wyszliśmy 2-3 mile na zachód od celu. Nie macie, elektroniczni nawigatorzy pojęcia,
jak myśmy się wtedy cieszyli!
Załoganci kacapskiej kakaryki "Siedow" na widok polskiego jachtu "Bonifacio".
.
Pierwociny nawigacji elektronicznej, a właściwie radiowej, przyswajaliśmy z
niedowierzaniem, a pierwsza jej forma z którą się zetknąłem, polegała na nadawaniu przez brzegowe stacje radiowe, chyba co pół godziny, serii pipnięć, które trzeba było liczyć od początku do zaniku. Każde z nich odpowiadało kątowi 1 stopnia, a ich ilość, liczona od kierunku N, była równa namiarowi w stopniach ze stacji na odbiorcę. Gdy raz, w połowie lat 70-tych XX w., w regatach z Gdyni dokoła Christianso, w drodze powrotnej zbliżaliśmy się na s/y „Monsun” do zasłoniętego mgłą Rozewia, policzyłem pipnięcia stamtąd, ale nie dowierzając im, jeszcze godzinę jechałem na wschód, zamiast natychmiast okrążyć latarnię z szansą na wygraną regat. Przeszła koło nosa, lecz i tak na metę wpadliśmy w połowie stawki, co dla tego umiarkowanie rączego jachtu było sukcesem.
.
Nie, nie dla tych – z pozoru śmiesznych – archaizmów piszę. Z pozoru, bo morze potrafi je narzucić i teraz, a wtedy przestają być śmieszne. Niedawno przeczytałem na FB refleksję angielskiego żeglarza, który – żeglując po Atlantyku – doznał awarii elektroniki jachtowej. To nie było przyjemne – utracił elektroniczne protezy, umożliwiające wygodną, bez szarpania zmysłów a drobiazgową do perfidii kontrolę rzeczywistości, oraz, co za tym idzie – darmowe poczucie bezpieczeństwa. Choć darmowe, to zależne od czynników zewnętrznych (choćby w kontekście wojennym), a nie – wiedzy i woli żeglarza. Ta zimna kąpiel go otrzeźwiła – obudził się w nim pierwotny instynkt przetrwania i wrócił do korzeni. Czyli do nawigacji takiej, jaką my,
żeglarze późniejszej fazy młodości, uprawialiśmy przed półwieczem. Nie zaglądał już z koi w martwy komputer nawigacyjny, a – smagany na deku wiatrem i bryzgami – ślepił we dnie i w nocy dokoła horyzontu, czy ktoś go nie rozjedzie, oraz czy uda się dostrzec i zidentyfikować cholerną latarnię, która tu gdzieś powinna być! A to, żeby – wchodząc w trudny nawigacyjnie English Channel, dojechać tam gdzie chciał i faktycznie dojechał, dzięki papierowej mapie, czujności, myśleniu i ciężkiej pracy. Te przeżycia przewartościowały jego stosunek do żeglowania – wreszcie odkrył i przeżył radość wysiłku, wypieraną przez wygodę zastępowania człowieka przez urządzenie. Radość z myślenia i jego owoców, którego wymagają zwłaszcza niespodzianki, a którego nie zastąpi żadna elektronika, prowokująca bezmyślne łamanie zasad w złudnym poczuciu, że dzięki niej panuje się nad sytuacją. Klasycznym przejawem tegoż są wypadki jachtów wchodzących do portów „na skróty”, z ominięciem znaków nawigacyjnych torów podejściowych, a także nagminne
(mnóstwo filmików na FB) wchodzenie z wypiętrzającą się w wąskim wejściu falą wyłącznie na silniku! Ot, żeglarze, co pozapominali o żaglach – tabilizującej kurs i przyśpieszającej manewr roli foka na zataczającym się niebezpiecznie między główkami jachcie. Żeby nie było podejrzeń o moją wrogość do nawigacji elektronicznej – wg mnie ona jest pożyteczna i pomocna, lecz tylko tak długo, dopóki nie zwalnia z myślenia i uwagi co się dzieje z łódką i wokół. Nie ma w niej niczego złego, lecz – zastępując ludzki wysiłek psychofizyczny – istnieje niebezpieczeństwo również ogołacania z głębi żeglarskich przeżyć, jak doświadczył wspomniany angielski sailor. Mnie osobiście, w samotnej żegludze, bym czuł że żyję i panuję nad sytuacją, wystarcza GPS’ aby wiedzieć gdzie jestem – podstawowy cel nawigacji załatwiony, AIS – by, zwłaszcza na ruchliwych akwenach, nie dać się rozjechać i UKF, dla bezpieczeństwa,
procedur portowych i pozdrawiania innych jednostek. Jak np. największego żaglowca świata „Siedowa”, który mi się trafił na środku Bałtyku we wrześniu ‘2023, z miłującymi pokój ludźmi radzieckimi pozdrawiającymi mnie pięściami (półtora roku po napaści bolszewii na Ukrainę). Nawigację prowadzę głównie na niezawodnym papierze, komputer ją potwierdza (albo i nie, jak coś się w nim spieprzy), przez co wypełniam również obowiązek kodeksu morskiego nawigowania w obu systemach – ilu z nas to praktykuje? Dla oceny co się dzieje na łódce i wokół niej, bazuję na tym co widzę, słyszę i czuję – to, a nie jakiś wskaźnik dyktuje mi dobór żagli, refowanie i kurs, bezpieczny a wiodący do celu.
.
Jestem psychicznie i czynnościowo przygotowany na prawie wszystko co może się zdarzyć, w tym na max 60-cio procentową sprawdzalność prognoz. Tylko takie podejście w moim przekonaniu może ocalić załogę i jacht w nieprzewidywalnych i ekstremalnych sytuacjach. Nie widząc jedynego wyjścia np. w opuszczeniu w pełni sprawnej jednostki przy 8 st. B, by przesiąść się na przepływający statek (o ile taki się znajdzie).
.
Nawigacja elektroniczna może stanowić hobby i pasję, bezsprzecznie zwiększającą bezpieczeństwo i wygodę żeglowania po morzu, lecz warto wg mnie być świadomym „cienkiej granicy” poza którą ona, poprzez mrowie mało potrzebnych lub zgoła zbędnych a zajmujących funkcji, odbiera i spłaszcza przeżycie. Zwalnia z wysiłku niepewności i podjęcia odpowiedzialności, które rozwiązane – przynoszą satysfakcję. Odciąga uwagę od wiatru, wody i żagli, nakierowując ją na elektronikę – uzależnienie podobne, jak smartfonowe (niedawno widziałem babcię, przeprowadzającą przez ulicę chłopaka ze smartfonem). Poprzez to wpływa na stan umysłu żeglarzy i poczucie szczęścia żeglowania. Z takim podejściem wolałem się, dinozaur, nie wychylać, dopóki Anglik nie przekonał mnie, że nie jestem w tym sam i dlatego zdecydowałem się na niniejsze wynurzenia. To już wiecie, skąd ich tytuł.
.
Mieczysław
=================================================
ILUSTRACJA DO KOMENTARZA J. CZYSZKA
Nie jestem wielkim „nawigatorem”, takim bardziej chorwackim, na ploterze nauczonym.
Jak wszyscy wiemy, dzisiaj bez systemu GPS nowe pokolenie "nawigatorów" nie wyobraża sobie wyjścia poza portowe, nomen omen, główki. Czy zatem klasyczna astronawigacja może spełniać rolę awaryjnego GPSa, gdyby ten, czy też podobne mu inne, nagle zamilkł – pedagogika wstydu? Remedium ma to ma być magiczne urządzenie zwane sekstantem?
Z tego co mnie uczono podczas pracy z mapą morską pozycje dzieli się na zliczeniową i obserwowaną. Mój pierwszy kapitan na Bałtyku tak mówił zapisuj pozycję z (GPS), ale oprócz tego kurs, kierunek wiatru oraz prędkość co godzinę. Bo jak nam nawali GPS z zapisanych notatek możemy na mapie odtworzyć pozycję tak zwaną zliczeniową. Pomimo posiadania na jachcie chartplttera – wyznaczaliśmy pozycję na mapie – za pomocą ołówka i trójkątów. „Kroczkiem” mierzyliśmy odległość do portu. Podstawą nawigacji było zliczenie przebytej drogi poprawki na wiatr, dewiacje kompasu czy deklinacje z roczną poprawką. Dzisiaj mamy elektroniczne kompasy pokazujące „true or magnetic course” więc te nauki o kompasie bywają zapomniane. Sekstant w żegludze atlantyckiej potwierdzał (lub nie) pozycje zliczeniową na podstawie położenia ciał niebieskich i dokładnego czasu. Nie był więc GPS-em żeglugi przed laty. Do potwierdzenia pozycji na Bałtyku, czy Adriatyku – moim zdaniem jest mało przydatny. To czy dobrze wyznaczyliśmy miejsce na mapie potwierdza się za pomocą obserwacji obiektów (terenu) na lądzie wyznaczając pozycję na mapie np. za pomocą namiernika charakterystycznych elementów na lądzie (latarnia). Trochę się czuję wywołany do tablicy – bo pływając po Chorwacji i Bałtyku jako ten współczesny „nawigator” nie miałem okazji używać sekstantu do wyznaczania pozycji – natomiast mam nawyk zapisywania pozycji z GPS i wyznaczania jej na mapie – dla treningu wyznaczam pozycje z zapisków i porównuję ją z odczytami GPS – czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej. Wychodzą po za główki portu bez sekstantu i strachu że GPS przestanie działać.
Pozdrawiam
Mariusz Wiącek port Mielec
dziękuję za zamieszczenie odnośnika do mojego artykuliku sprzed lat,
chyba, pięciu. Mam wrażenie, że wpisuje się w zagadnienie poruszone
przez kolegę Mieczysława, którego serdecznie pozdrawiam.
Jestem dzieckiem nawigacji satelitarnej, począwszy od wczesnych lat
osiemdziesiątych ubiegłego stulecia i SAT-NAVa, na zielonych diodach
mrugającego sobie filuternie w kabinie nawigacyjnej "Zawiasa" już, chyba,
w roku 1980. Dwa namiary na dobę, jak się "konstelacja" trzech (wówczas)
satelitów właściwie ustaliła. Nie wierzę w nagłe wyłączenie systemów
satelitarnych bo to są ciężkie pieniądze w komercyjnej żegludze, które
zbyt wiele by, wszystkich kosztowały by je stracić.
W pełni zgadzam się z Tomkiem, że na wypadek blackout'u (z drugiej
strony dzisiaj każdy ma GPSa w telefonie) do nawigacji terrastrycznej
potrzebna jest mapa, kompas, trójkąt, spis świateł i umiejętność
posługiwania się tym wszystkim, począwszy od umiejętności rozróżniania
rodzajów znaków nawigacyjnych, świateł brzegowych i umiejętności
rozpoznania ich na podstawie charakterystyk świecenia. Z oglądu sądząc
mam poważne wątpliwości co do tych umiejętności u większości żeglarzy, i
sugeruję, że warto by było to poćwiczyć, dla samej rozrywki chociażby.
Co do komentarza kolegi Wiącka, to czytałem go kilkukrotnie i, w wyniku
najpewniej mojej niezborności, nie bardzo rozumiem o co Koledze chodzi.
W każdym razie, życzę mu jak najlepiej.